Rozdział 6
- Jung, nie wracaj do bazy. Ukryj się gdzieś. Namierzyli nas. Nie wydam cię, ale ukryj się gdzieś... Zabiorą mnie prawdopodobnie do aresztu. Nie dzwoń do mnie, jak coś się wyjaśni, to dam ci znać. Ukryj się gdzieś.
Rozłączyła się, a ja stałem i wpatrywałem się tępo w przestrzeń.
-----------------------------------------------------------
-----------------------------------------------------------
Co? Co? Co? Co? Co? Co? Co? Co? Co?!
Nie mogłem uwierzyć własnym uszom. Informacja, którą przed chwilą usłyszałem, nie docierała do mojego mózgu. Namierzyli nas. Nie wracaj do bazy. Ukryj się. Co to w ogóle miało znaczyć?! Przecież to niemożliwe, żeby nas wykryli. Ahjumma musiała kłamać... ale gdyby kłamała, jej ton głosu nie brzmiałby tak. Co ja mam robić?! Widocznie to, czego spodziewałem się wczoraj zaskoczyło mnie dzisiaj.
Wreszcie dotarło do mnie to, co przed chwilą usłyszałem. Ale byłem tak wyprany z emocji, że pozostałem opanowany. Mam nie wracać do bazy? Dobrze, pójdę więc do domu.
Spokojnym krokiem poszedłem w stronę mojego mieszkania. Kiedy dotarłem pod drzwi, było już całkiem ciemno. Wszedłem do środka i zamknąłem drzwi na klucz, następnie przebrałem się i poszedłem do łóżka. Może to tylko koszmarny sen? Może, gdy się obudzę okaże się, że nie było jeszcze żadnej afery, żadnego dostarczania, żadnego porwania, ani żadnych innych przypadków z dzisiejszego dnia...?
Spokojnym krokiem poszedłem w stronę mojego mieszkania. Kiedy dotarłem pod drzwi, było już całkiem ciemno. Wszedłem do środka i zamknąłem drzwi na klucz, następnie przebrałem się i poszedłem do łóżka. Może to tylko koszmarny sen? Może, gdy się obudzę okaże się, że nie było jeszcze żadnej afery, żadnego dostarczania, żadnego porwania, ani żadnych innych przypadków z dzisiejszego dnia...?
Jimin
- Daehyun, idź spać.
- Przecież śpię...
- I gadasz przez sen?
- Nic nie gadam - powiedział obrażonym głosem i obrócił się w moją stronę. Oczy mu się świeciły jakby przyszedł mu do głowy jakiś świetny pomysł. Czas się bać?
- Słuchaj, Jimin... ten chłopak tu czasami biega?
- Odczep się od niego. Nie wystarcza ci kilka ostatnich godzin ciągłego nawijania o nim?
- Ale powiedz, biega tu czasem, czy nie?
- Przecież śpię...
- I gadasz przez sen?
- Nic nie gadam - powiedział obrażonym głosem i obrócił się w moją stronę. Oczy mu się świeciły jakby przyszedł mu do głowy jakiś świetny pomysł. Czas się bać?
- Słuchaj, Jimin... ten chłopak tu czasami biega?
- Odczep się od niego. Nie wystarcza ci kilka ostatnich godzin ciągłego nawijania o nim?
- Ale powiedz, biega tu czasem, czy nie?
Westchnąłem zrezygnowany. Takiemu nie przemówisz.
- Widzę go tu pierwszy raz.
Dae wyraźnie posmutniał.
- A jak on się nazywa? Proszę, proszę, proszę, powiedz mi chociaż to. Nie ukradnę ci chłopaka, obiecuję!
- Jeon Jungkook - mruknąłem.
- Co?
- Mówię ci, jak on się nazywa. Jeon Jungkook.
- O, jak słodziasznie. Taki Kookie - Ciasteczko...
- Słuchaj, odkąd tu przyszedłeś nie rozmawiamy praktycznie o niczym innym. Nawet nie wiesz, co mi się wczoraj przydarzyło w szkole...
- A co ci się przydarzyło?
- Widzę go tu pierwszy raz.
Dae wyraźnie posmutniał.
- A jak on się nazywa? Proszę, proszę, proszę, powiedz mi chociaż to. Nie ukradnę ci chłopaka, obiecuję!
- Jeon Jungkook - mruknąłem.
- Co?
- Mówię ci, jak on się nazywa. Jeon Jungkook.
- O, jak słodziasznie. Taki Kookie - Ciasteczko...
- Słuchaj, odkąd tu przyszedłeś nie rozmawiamy praktycznie o niczym innym. Nawet nie wiesz, co mi się wczoraj przydarzyło w szkole...
- A co ci się przydarzyło?
Zastanowiłem się. Czy bycie skrzyczanym przez jakąś dziewczynę i duszonym przez jej chłopaka zalicza się do ciekawych wydarzeń, które odciągnęłyby uwagę mojego przyjaciela od Jungkooka?
- W sumie to nic. A powiedz mi, ty jutro wracasz, tak?
- Taak..., muszę. Nawet nie zdążę się z nim pożegnać.
- Zaraz, jeśli wrócisz dopiero jutro, to nie pójdziesz do szkoły?
- Jeden dzień nieobecności nic nie znaczy.
- Serio?
- No. Przecież wiesz.
- No, nic. Dobranoc, Daehyun.
- W sumie to nic. A powiedz mi, ty jutro wracasz, tak?
- Taak..., muszę. Nawet nie zdążę się z nim pożegnać.
- Zaraz, jeśli wrócisz dopiero jutro, to nie pójdziesz do szkoły?
- Jeden dzień nieobecności nic nie znaczy.
- Serio?
- No. Przecież wiesz.
- No, nic. Dobranoc, Daehyun.
Jungkook
Obudził mnie natarczywy dzwonek telefonu. W pierwszej chwili nie przychodziło mi do głowy, kto może się tak dobijać, ale zaraz przypomniały mi się wydarzenia z wczoraj i poderwałem się natychmiast z łóżka. Czyżby ahjumma dowiedziała się czegoś? Odebrałem telefon drżącymi rękami.
- Słucham?! Hye Rim?!
Odpowiedział mi szloch i ktoś zapłakanym głosem powiedział:
- Jung... kook?
- Kto mówi? - Zniecierpliwiłem się lekko.
- Ja... przepraszam, jeżeli cię obudziłam. Z tej strony Jeon Shin Hye...
Nie kojarzyłem takiego nazwiska, ani tej kobiety. Kto to, do licha jest?
- Przepraszam, ale nie znam nikogo takiego.
- Naprawdę? Ja... jestem twoją ciocią, Jungkook. T-twoi rodzice przyjechali do mnie kilka miesięcy temu... - tu kobieta znowu wybuchnęła płaczem.
- Słucham?! Hye Rim?!
Odpowiedział mi szloch i ktoś zapłakanym głosem powiedział:
- Jung... kook?
- Kto mówi? - Zniecierpliwiłem się lekko.
- Ja... przepraszam, jeżeli cię obudziłam. Z tej strony Jeon Shin Hye...
Nie kojarzyłem takiego nazwiska, ani tej kobiety. Kto to, do licha jest?
- Przepraszam, ale nie znam nikogo takiego.
- Naprawdę? Ja... jestem twoją ciocią, Jungkook. T-twoi rodzice przyjechali do mnie kilka miesięcy temu... - tu kobieta znowu wybuchnęła płaczem.
Nic z tego nie rozumiałem. Po pierwsze, czemu osoba, której nigdy nic nie obchodziłem, nagle dzwoni do mnie z wielką rozpaczą? Skąd ma mój numer? I co to ma do rzeczy, że jest moją ciocią? Nigdy jej nawet nie widziałem... Zaniepokoiłem się, ręce zaczęły mi się pocić. Czyżby coś się stało z moimi rodzicami? Odegnałem od siebie tą myśl.
- A dlaczego pani dzwoni do mnie? - Zapytałem drżącym głosem.
- Ja... Jungkook przepraszam, że tak płaczę, a-ale naprawdę... Jungkook, twoi rodzice... oni nie żyją... - ponowny wybuch płaczu.
- S-słucham? - Opadłem bezwładnie na łóżko.
- Zgi-zginęli wczoraj w wypadku...
- A dlaczego pani dzwoni do mnie? - Zapytałem drżącym głosem.
- Ja... Jungkook przepraszam, że tak płaczę, a-ale naprawdę... Jungkook, twoi rodzice... oni nie żyją... - ponowny wybuch płaczu.
- S-słucham? - Opadłem bezwładnie na łóżko.
- Zgi-zginęli wczoraj w wypadku...
Nie chciałem słyszeć więcej. Telefon wypadł mi z dłoni. Czyżby ten koszmar nadal trwał?
***
Godzinę później po mojej głowie wciąż miotały się rozszalałe myśli, których za nic nie mogłem zebrać do kupy. Kto? Co? Jak? Gdzie? Kiedy? Dlaczego? Nie potrafiłem znaleźć odpowiedzi na te pytania. Leżałem po prostu wpatrując się bezmyślnie w sufit, bez jakichkolwiek sił do życia.
Ciężko mi było uwierzyć, jak wiele potrafi się zmienić w ciągu jednej doby. No bo właśnie w ciągu jednej doby pokłóciłem się z Jiminem, zostałem porwany, dowiedziałem się o złapaniu Hye Rim i śmierci moich rodziców. Kto normalny przeżyłby to wszystko bez mrugnięcia okiem? Nie wiem, ale na pewno nie ja. Powoli docierała do mnie straszność tej całej sytuacji. I mimo, że byłem całkowicie bez żadnych sił, ogarnęło mnie jakieś dziwne, silne uczucie, że te zdarzenia są jakimś dziwnym sposobem ze sobą powiązane. Czyżby to wszystko była robota moich porywaczy? Całkiem możliwe. Mogli spowodować wypadek i donieść o nas policji. Ale dlaczego?! Dlaczego są ludzie, którzy mogą żyć spokojnie, a ja muszę znosić takie rzeczy?! Dlaczego taki przykładowy Jimin, który nic nie osiągnął w swoim życiu, nie musi się z niczym użerać? I, do jasnej cholery, czemu on znowu przychodzi mi na myśl?! Niby jest moim wrogiem numer jeden, ale zawsze, gdy myślę o jakimś człowieku, do głowy nie przychodzi mi nikt inny, tylko właśnie on!
Poczułem pojedynczą łzę spływającą po moim policzku. Nie rozpłaczę się chyba teraz jak jakaś baba?! Otarłem ją, ale wkrótce poczułem, że jest ich więcej. Nie dawałem już rady ich powstrzymywać. Leciały ciurkiem, mocząc mi poduszkę, a ja się tylko zwinąłem w kulkę. Było mi tak cholernie źle... Rozżalenie, smutek i strach przed tym, co będzie dalej wymieszały się we mnie, tworząc na moim sercu ogromny, ciężki kamień.
Przepłakałem chyba kilka godzin, bo gdy głowa rozbolała mnie tak, że nie mogłem już dłużej leżeć, była jedenasta rano. Podniosłem się z łóżka i jakimś cudem udało mi się zażyć tabletkę na ból głowy. Wziąłem od razu trzy i poszedłem do łazienki. Wyglądałem jak postać z horroru. Czerwona, zapłakana twarz, oblepiona mokrymi włosami...
Umyłem się zimną wodą. Nigdy nie przywiązywałem zbytniej wagi do wyglądu, ale teraz już nie mogłem na siebie patrzeć. Łzy to symbol słabości. A ja byłem słaby. Ale nie musiałem się z tym obwieszczać wszem i wobec.
Stałem jeszcze chwilę przed lustrem. Nadal byłem rozżalony. Co ja zrobiłem, że zasłużyłem sobie na taką karę?!
Po kolejnym momencie gapienia się w swoje odbicie, poczułem jaki jestem głodny. Nie chciało mi się ruszać, ale mój brzuch nie chciał mi dać spokoju. W domu jeszcze powinno coś być. Zszedłem na dół, żeby zrobić sobie śniadanie. I nagle, zupełnie bez ostrzeżenia, uderzyła we mnie myśl, od której natychmiast ogarnęła mnie taka rozpacz, jakiej jeszcze nigdy w życiu nie odczuwałem.
Nie mam już dla kogo żyć. Ahjumma jest w areszcie, rodzice nie żyją... Nie mam już dla kogo istnieć, poświęcać się, chodzić do szkoły... Nikt mnie nie potrzebuje. Dla nikogo nie jestem ważny, nikogo nie obchodzę.
Uczucie, które towarzyszyło tym kilku zdaniom, było najstraszniejszym uczuciem, jakie kiedykolwiek dane mi było przeżyć. Nawet nie zdawałem sobie sprawy, że mam takie potrzeby. Ale chyba każdy człowiek chce się czuć potrzebny, kochany chociażby na odległość, więc to pewnie nie jest nic dziwnego...
Szarpnął mną urywany szloch. Te myśli to była czysta prawda. I to także doprowadzało mnie do czarnej rozpaczy. Nie mam, dla kogo istnieć.
Nie wiem, co mnie podkusiło. Postanowiłem pobiec do bazy. Jeśli wciąż będzie tam policja, to mnie złapią i spotkam się może z Hye Rim... A jeżeli nie... to może się spotkam z rodzicami...
Narzuciłem na siebie kurtkę, wsunąłem stopy w buty i pobiegłem co sił do bazy. Nawet nie wiem dlaczego mi się tam tak spieszyło. Złapałem się na cichej nadziei zobaczenia tam radiowozów. Ale, niestety ich już nie było. Pewnie przeszukali tą ruderę wczoraj... Poczułem gorzki zawód. Ale jest jeszcze inny sposób. Sposób również ukryty w tym budynku. Tajna skrytka. A raczej jej zawartość.
Cicho wszedłem do budynku i zszedłem do piwnicy. Znajdowała się tam jedna tajna kryjówka w której przechowywaliśmy niektóre prochy. Policja nie mogła jej znaleźć.
Odsunąłem dwie cegły w wiadomym miejscu w ścianie. Nic nie ubyło. Sięgnąłem po jedną paczuszkę, której zawartość wydawała mi się najsilniejsza.
Ręce zaczęły mi drżeć. Muszę to zrobić. Może wreszcie, po kilkumiesięcznej rozłące zobaczę swoich rodziców... Wziąłem głęboki oddech i wyszedłem z budynku trzymając paczkę w dłoniach. Postanowiłem zrobić to publicznie. Niech cały świat widzi, że istnieją też ludzie nieszczęśliwi. Ta uliczka obok parku wydawała się dobrym miejscem.
Nie wiedziałem, skąd we mnie tyle goryczy i chęci uprzykrzenia życia innym ludziom. Ale ciekawych rzeczy się można o sobie dowiedzieć na skraju...
Szybko dotarłem do parku. Siadłem na krawężniku i z nadzieją otworzyłem paczkę. Zastanowiłem się, co zrobić. Nie znałem sposobów ćpania, ale, jeśli chcę się pożegnać z tym światem, to chyba każdy sposób jest dobry...
Na ulicy nie było nikogo. Wziąłem szczyptę proszku w palce. Przyjrzałem się jej, przełknąłem ślinę i wsadziłem ją sobie do ust. Obrzydliwy, gorzki smak. Ale muszę, muszę. Połykałem coraz więcej. Po dziewiątej szczypcie zaczęło mnie mdlić. Oni to chyba nie tak robią. Ale co mi tam. Miałem już tak gorzko w ustach, że to, ile połykam przestało mieć znaczenie. Odchyliłem paczkę i wsypałem sobie część jej zawartości do ust. Zakręciło mi się w głowie, poczułem się, jakbym na przemian spadał i się unosił. Zacząłem tracić równowagę. Brałem jednak jeszcze więcej. Światła migały mi przed oczami, usłyszałem jakieś krzyki. Po chwili przed moimi oczami zaległa ciemność, przewróciłem się. Chodnik był jakoś dziwnie miękki...
- Mamo - powiedziałem cicho, zużywając ostatnie siły.
Na ulicy nie było nikogo. Wziąłem szczyptę proszku w palce. Przyjrzałem się jej, przełknąłem ślinę i wsadziłem ją sobie do ust. Obrzydliwy, gorzki smak. Ale muszę, muszę. Połykałem coraz więcej. Po dziewiątej szczypcie zaczęło mnie mdlić. Oni to chyba nie tak robią. Ale co mi tam. Miałem już tak gorzko w ustach, że to, ile połykam przestało mieć znaczenie. Odchyliłem paczkę i wsypałem sobie część jej zawartości do ust. Zakręciło mi się w głowie, poczułem się, jakbym na przemian spadał i się unosił. Zacząłem tracić równowagę. Brałem jednak jeszcze więcej. Światła migały mi przed oczami, usłyszałem jakieś krzyki. Po chwili przed moimi oczami zaległa ciemność, przewróciłem się. Chodnik był jakoś dziwnie miękki...
- Mamo - powiedziałem cicho, zużywając ostatnie siły.
A potem wszystko znikło. Po raz kolejny i ostatni.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz