czwartek, 19 maja 2016

Enemy. Jikook Fanfiction - Rozdział 5



Rozdział 5

  Jimin
Jung Daehyun był moim dwa lata starszym "przyjacielem od przedszkola". 
No, dobra, nie chodziłem do przedszkola i on chyba też nie, ale znaliśmy się od tak dawna, że można tak powiedzieć.
Szczerze, to już nawet nie pamiętam, jak się poznaliśmy. Pewnie w jakiejś głupiej sytuacji typu utknięcie przeze mnie w śmietniku, czy coś takiego. No, ale mniejsza z tym.
Kiedy się przeprowadzaliśmy, obiecałem Daehyunowi, że będę mu dawał znać o wszystkim, co mi się przytrafi, bo nie powinno się nagle, z powodu głupiej przeprowadzki zrywać kilkunastoletniego kontaktu, prawda? Przynajmniej on tak twierdzi, bo mi jest wszystko jedno. Nawet, gdybym mu tego nie obiecał, i tak by do mnie wydzwaniał. A ja do niego.
Ale zupełnie nie przewidywałem, że coś, co mnie tutaj spotka, zajmie mnie na tyle, żebym o nim zapomniał. A jednak tak wyszło. I było to coś o czym po raz pierwszy w życiu nie chciałem za bardzo rozmawiać z Dae. Wierzcie mi lub nie, ale taka sytuacja była dla mnie zupełnie nowa.
A teraz on miał przyjechać do mnie. Cieszyłem się z tego, ale nie do końca, chociaż sam przed sobą wstydziłem się do tego przyznać.
Jungkook
Przed oczami majaczyły mi jakieś światła, cienie, postacie, budynki... 
Czułem się, jakbym leżał w dusznej, czarnej otchłani, która powoli mnie przygniatała. Moja klaustrofobia dawała o sobie znać. Z tyłu mojej czaszki pulsował ból, a do uszu docierały jakieś ludzkie głosy i szumy...
Otworzyłem oczy, światło było jednak tak oślepiające, że musiałem z powrotem je zamknąć. Po chwili trochę oprzytomniałem, a dźwięki wyostrzyły się. Zdałem sobie sprawę, że leżę na tylnych siedzeniach samochodu. Do moich uszu docierała rozmowa dwóch mężczyzn. Jeden z nich na pewno prowadził.
Dokładnie, gdy usiłowałem zrozumieć, o czym rozmawiają, moją głowę nawiedziło pytanie, od którego natychmiast ogarnęła mnie panika.
Co ja tu robię?
Dlaczego jadę w aucie z tymi kolesiamizamiast wracać do bazy?
I dlaczego straciłem przytomność?!
Boże.
Ratuj.
Nie miałem pojęcia, co robić. W głowie miałem mętlik, przez który ciężko się było przebić jakiejkolwiek logicznej myśli, więc jedyne, co robiłem, to starałem się za wszelką cenę nie poruszyć. Uspokój się - powtarzałem sobie w głowie, ale niewiele to dawało. Usiłowałem skupić się na rozmowie moich porywaczy. Jednak to tylko pogorszyło sytuację.
- Ej, a co zrobimy z tym cholernym kurierem? - Usłyszałem głos jednego z nich. Jezu.
- Nie wiem, szef kazał go dostarczyć pod tą starą ruderę - odpowiedział drugi, chyba kierowca...
- I tam teraz jedziemy?
- Jesteś głupi jak pantofel twojej starej. Po co mielibyśmy oddawać szefowi takie łatwe źródło zysków? Powiemy mu, że dzieciak wypadł nam gdzieś po drodze i że prawdopodobnie już nie żyje.
- A z nim co się stanie?
- No jak to co?! Sprzedamy go jakiemuś garniaczkowi za grube hajsy.
Poczułem na sobie wzrok obydwu facetów. Zamarłem.
- Ale, nie powiem, fajny...
Wydawało mi się, że to jakiś sen. Takie rzeczy przecież nie zdarzają się naprawdę! Chciałem się wybudzić, ale to niestety było niemożliwe. Z tego, co teraz usłyszałem, wynikało, że ci dwaj faceci chcą mnie gdzieś wywieźć i sprzedać. CoJaMamRobić?! Miałem ochotę krzyczeć, wrzeszczeć, rzucać się, uciekać, ale nie mogłem, kurwa, nie mogłem.
Spróbowałem poruszyć rękami. Na szczęście nie byłem związany, ani nic w tym stylu. Gdybym chociaż mógł otworzyć oczy i sprawdzić, czy mnie obserwują...
Czułem, że samochód jedzie z równomierną prędkością. Może gdyby zatrzymał się na jakichś światłach, udałoby mi się zwiać wykorzystując nieuwagę porywaczy? To chyba najlepszy pomysł do tej pory... Na razie muszę jednak poczekać aż auto się zatrzyma albo trochę zwolni. Oni na pewno myślą, że jeszcze jestem nieprzytomny, więc czegoś takiego na pewno się nie spodziewają. Możliwe, że zanim dotrze do nich, co się stało, ja już zdążę się oddalić. Chociaż... jesteśmy prawdopodobnie na jakiejś ruchliwej ulicy. Ale na światłach, kiedy wszyscy stoją, to nie będzie problem.
Poczułem niespodziewany przypływ adrenaliny. Miałem teraz jakąś nadzieję na ucieczkę, więc moja panika trochę znikła. Jej brak dodał mi dodatkowej siły. To musi się udać.
W oczekiwaniu spociłem się cały, a moje serce waliło tak szybko, że miałem nadzieję, że faceci są mocno pochłonięci rozmową i tego nie słyszą.
Po chwili poczułem, jak zwalniamy. Coś we mnie podskoczyło. Napiąłem wszystkie mięśnie. Kierowca klął pod nosem coś o skrzyżowaniach, więc nabrałem pewności. Zatrzymaliśmy się. Hanadulset... TERAZ!
Otworzyłem oczy i poderwałem się z siedzenia. Nie przewidziałem zawrotów głowy, ale pomimo nich udało mi się szarpnąć za klamkę i wypaść z samochodu, potykając się przy tym. Nie zamknąłem nawet drzwi. Słyszałem za sobą okrzyki porywaczy, ale nie przejmowałem się nimi. Biegłem tylko przez ulicę, słysząc zewsząd dookoła dźwięki klaksonów. Przed oczami migały mi światła, w głowie się kręciło. Cudem unikając samochodów, biegłem na nogach z waty najszybciej, jak tylko mogłem. Nie dam się złapać. Nie dam!
Po chwili zwariowanego kluczenia między rzędami trąbiących aut, jakoś udało mi się dostać na drugą stronę, na chodnik. Ludzie dookoła patrzyli się na mnie dziwnie, ale nie zwracałem na to uwagi. Byłem zbyt przejęty tym, co właśnie zrobiłem. Przykucnąłem w miejscu, żeby uspokoić moją głowę, ale za chwilę znów się poderwałem, bo uświadomiłem sobie, że dwójka mięśniaków może mnie gonić. Tym razem byłem już spokojniejszy. Oddaliłem się od nich przynajmniej. Ale tak szczerze, to nie wierzyłem własnemu szczęściu! Udało mi się zwiać! Teraz musiałem tylko zgubić pościg.
Obejrzałem się za siebie, ale nigdzie nie zauważyłem śladu pogoni. To mnie lekko zaniepokoiło. Czyżby mieli jakiś podstęp? Ale jeszcze bardziej zaniepokoiłem się, gdy zdałem sobie sprawę, że nie wiem, gdzie jestem. Wielka tablica wskazywała na 17:27. Nie było więc tak późno, jak się obawiałem.
Na narożniku budynku wisiała tabliczka z nazwą ulicy. Ul. Powstania 93. Ta nazwa nic mi nie mówiła. A jeżeli to nie Seul? Przeszedł mnie zimny dreszcz, a chwilowa radość uleciała ze mnie jak z balonu. Muszę kogoś zapytać. Podszedłem do jakiejś kobiety stojącej przy krawężniku. 
- Przepraszam... - nie wiedziałem, co dalej powiedzieć, żeby nie brzmiało to głupio - yyy... co to za miasto?
Popatrzyła na mnie, jak na wariata.
- Seul. Chłopcze, jeśli się zgubiłeś...
- Nie, dziękuję, nie zgubiłem się - odparłem szybko. Nie chciałem teraz wywodów na temat błądzenia po ulicach. Jeszcze raz podziękowałem i szybko się oddaliłem.
Moich porywaczy nigdzie nie było. Miałem nadzieję, że raz na zawsze zniknęli z mojego życia, chociaż wydawało mi się to mało prawdopodobne. Zastanowiłem się chwilę. Sprawdziłem kieszenie. Miałem wszystko - telefon, pieniądze, jakieś świstki. Zadzwonić teraz do Hye Rim? 
Wybrałem szybko numer. Odebrała po kilku sygnałach.
- Jungkook?! To ty? Czemu tak późno? Co się stało? Już miałam zacząć cię szukać! - Usłyszałem głos w słuchawce.
- Spokojnie, ahjumma, wszystko ci wyjaśnię w bazie. A teraz powiedz mi gdzie jest ulica Powstania?
- Po co chcesz tam jechać?
- Nie chcę tam jechać. Po prostu mi powiedz.
- To jest chyba niedaleko twojej szkoły... tak mi się wydaje...
- Ok, dzięki.
Rozłączyłem się. Jak to możliwe, żebym się znajdował niedaleko mojej szkoły? To ile my jechaliśmy? Pięć minut? No, ale nie będę się kłócił z faktami. Teraz trzeba odnaleźć drogę do bazy.
Po wypytaniu jeszcze kilku osób o moje położenie, zdecydowałem się pobiec na skróty drogą obok parku. Była to spokojna, mało uczęszczana uliczka, więc pozwoliłem sobie na trucht. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, jak bardzo byłem zmęczony. Głowa mnie bolała, zimno przeszywało mnie na wzkroś, adrenalina już opadła. Ale mimo to biegłem dalej, w nadziei, że pomoże mi się to trochę rozgrzać i na spokojnie uporządkować fakty.
Pierwszym i podstawowym z nich było to, że zostałem porwany i cudem udało mi się uciec. Chociaż według mnie, ci kidnaperzy musieli być strasznymi fajtłapami, że mi na to pozwolili, nawet mnie nie goniąc. Drugim faktem było to, że musiałem teraz wrócić do bazy...
Usłyszałem przed sobą jakieś głosy i już miałem wyminąć idącego z naprzeciwka chłopaka, kiedy wpadłem na drugiego, chyba jego kolegę, który nagle wychylił się zza jego pleców. Nic mi się nie stało, po chwili jednak zorientowałem się, że przygniatam go swoim ciałem.
Jimin
No, jasne. Mogłem przewidzieć, że spóźnialstwo Daehyuna nie będzie miało w tym wypadku nic do gadania, ale że aż tak? Wybierałem się właśnie, żeby odwiedzić Namjoona i wypytać go o Jungkooka i... no zgadnijcie. Daehyun oczywiście stał na progu. W pierwszej chwili mnie zamurowało, bo co, jak co, ale nie spodziewałem się go tutaj kilka godzin po zapowiedzeniu się na następny dzień. W drugiej chwili byłem już bardziej zdolny przemówić.
- A co ty tu robisz?
- Stoję. Już od kilku minut. Chyba zepsuł wam się dzwonek - odparł znudzonym głosem.
Odzyskałem już cały mój zasób słów.
- Miałeś przyjechać jutro.
- Ale ojciec jechał dziś więc zabrałem się z nim. A co? Przeszkadzam?
- Nie przeszkadzasz - skrzywiłem się - ale pewnie będziesz chciał tu nocować.
- Jasne. Nie mam jak wrócić.
Westchnąłem. Dae rozejrzał się.
- Ładna okolica. Wychodziłeś gdzieś?
- Nigdzie specjalnie. Przejść się. 
- A to możemy przejść się razem. Opowiesz mi wszystko.
- Eh, zgoda. Jesteś niemożliwy. Ale nie opowiem ci wszystkiego.
Zamknąłem drzwi i wyszliśmy na uliczkę. Była to niezaludniona, cicha alejka z jednej strony parku, więc mogliśmy spokojnie iść środkiem drogi.
- Powiedz mi, Jimin, ale szczerze, jak swojemu przyjacielowi, którym, nawiasem mówiąc, jestem. Poznałeś kogoś ciekawego?
- No, więc dobrze. Odpowiem ci szczerze. Poznałem kogoś ciekawego, ale nie w tym sensie, o jaki ci chodzi.
- A w jakim?
- No, tajemniczym i te sprawy. Ten gościu to psychol i w dodatku podejrzany... A, co cię to tak interesuje? - Dodałem cicho.
On jednak nawet nie zwrócił uwagi na moje ostatnie słowa. Był pochłonięty jakimiś myślami.
- Słuchaj, gdzie on mieszka?
- Nie mam pojęcia.
- A jak wygląda? Może chociaż na to zwróciłeś uwagę?
- No... ale poczekaj, nie zostawaj w tyle...
W tym momencie coś mignęło mi przed oczami, usłyszałem odgłos upadania i obok siebie zobaczyłem Daehyuna przywalonego... Jungkookiem. Rozpoznałem go od razu, mimo potarganych włosów i ubrania i chyba zarumieniłem się nieznacznie. Co on słyszał z naszej rozmowy? Co prawda, nie mówiłem zbyt wiele, ale... i skąd on się tu wziął tak w ogóle?
Myślałem, że zaraz wstanie, przeprosi i... no nie wiem, zauważy mnie? Przywita się ze mną? Ale nie. On nadal leżał na Daehyunie, który chyba też nie zamierzał się podnieść. Ten widok zaczął mnie irytować. 
- Długo tak jeszcze będziecie leżeć? - zapytałem zniecierpliwiony. - Przynieść wam poduszki?
Wreszcie zaczęli się jakoś niemrawo podnosić, podczas gdy mnie już prawie zalewała krew. Jungkook obrzucił mnie tym swoim pogardliwym spojrzeniem, odepchnął Dae i pobiegł dalej. Zdenerwowany popatrzyłem na przyjaciela, który chyba wrósł w podłoże.
- A ty co tak leżysz? Mam cię kopnąć w ten twój kościsty tyłek?
Popatrzył na mnie nieobecnym spojrzeniem. Po chwili podniósł się i stanął obok mnie wciąż się we mnie wpatrując.
- Ej, co się tak gapisz? Wracamy do domu. Uderzyłeś się w łeb, czy jak?
- Jimin, nie musisz mi już pokazywać swojego chłopaka. Wystarczy, że powiesz mi, jak się nazywa to cudo, co mnie teraz przewróciło.
- Daehyun - powiedziałem słodkim głosem, mimo, że miałem ochotę się na kogoś rzucić - to była właśnie ta osoba, o którą się wypytywałeś. I on nie jest moim chłopakiem.
- To skoro nie, to mogę go sobie wziąć, prawda?
- Nie, nie możesz. Idziemy do domu.
- Ale ja nie mogę przestać go sobie wyobrażać, jak... no wiesz... - powiedział łzawo.
Pociągnąłem go za rękę. Na szczęście nie oddaliliśmy się zbytnio od domu.
Jungkook
Ten gościu był jakiś chory. No, dobrze, to moja wina, że na niego wpadłem, ale mógł się tak nagle przede mną nie pojawiać, jakby był jakimś cholernym duchem. I wiem, że pewnie wyglądam nie najlepiej, ale on wpatrywał się we mnie, jakby nie wiem co zobaczył. To był pewnie jakiś pedofil. A, co gorsza, jego kolegą był ten cholerny dzieciak, który mógł mu wiele o mnie powiedzieć. Ja chyba powinienem stąd wyjechać.
Wzdrygając się biegłem dalej spokojnym truchtem. Musiałem szybko dotrzeć do bazy, bo zaczynało się już powoli ściemniać.
Po chwili usłyszałem w kieszeni dzwonek telefonu. Dzwoniła Hye Rim. Odebrałem.
- Halo?
W słuchawce usłyszałem rozedrgany, wystraszony szept, zupełnie niepodobny do głosu ahjummy:
- J- jungkook? 
- Tak? Co się stało? - Spytałem wystraszony. Czy nie za dużo aby emocji jak na jeden dzień?
- Jung, nie wracaj do bazy. Ukryj się gdzieś. Namierzyli nas. Nie wydam cię, ale ukryj się gdzieś... Zabiorą mnie prawdopodobnie do aresztu. Nie dzwoń do mnie, jak coś się wyjaśni, to dam ci znać. Ukryj się gdzieś.
Rozłączyła się, a ja stałem i wpatrywałem się tępo w przestrzeń.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz