Rozdział 13
No, jasne, jak nie Jimin, to jego tata. Życie, możesz odpuścić, przyzwyczaiłem się już. Problem tylko w tym, że dorosłego faceta nie wyrzucę z tej sali. Chociaż... kto wie? Ale najpierw dowiem się, czego chce.
- Czego pan chce ode mnie? - Spytałem opryskliwie.
- Chciałbym z tobą poważnie porozmawiać, Jungkook.
- Czego pan chce ode mnie? - Spytałem opryskliwie.
- Chciałbym z tobą poważnie porozmawiać, Jungkook.
Uuu, poważnie, mówisz?
- Przecież ja pana nie znam. Jakie moglibyśmy mieć poważne tematy do omawiania?
- Przecież ja pana nie znam. Jakie moglibyśmy mieć poważne tematy do omawiania?
Nagle zaświtało mi w głowie, co nas łączy.
- Z Jiminem mnie pan na siłę nie pogodzi, nie ma mowy. Dlatego, jeśli o to panu chodzi, to może pan równie dobrze od razu stąd wyjść.
- Nie o to mi chodzi. Posłuchaj mnie chwilę, zanim znowu powiesz coś głupiego.
- Dobrze - uśmiechnąłem się sztucznie. - Słucham.
- Ja wiem, że nie przepadasz za moim synem, ale on jest naprawdę dobrym chłopakiem i chyba czuje do ciebie coś więcej, niż tylko przyjaźń. Kiedy ty tu leżałeś, on bardzo się o ciebie martwił, płakał po kątach...
- Z Jiminem mnie pan na siłę nie pogodzi, nie ma mowy. Dlatego, jeśli o to panu chodzi, to może pan równie dobrze od razu stąd wyjść.
- Nie o to mi chodzi. Posłuchaj mnie chwilę, zanim znowu powiesz coś głupiego.
- Dobrze - uśmiechnąłem się sztucznie. - Słucham.
- Ja wiem, że nie przepadasz za moim synem, ale on jest naprawdę dobrym chłopakiem i chyba czuje do ciebie coś więcej, niż tylko przyjaźń. Kiedy ty tu leżałeś, on bardzo się o ciebie martwił, płakał po kątach...
"Beksa" pomyślałem.
- Ja sam chciałbym, żeby Jimin był szczęśliwy, dlatego staram się nie ingerować w jego upodobania...
- Tylko czemu robi to pan moim kosztem? - Przerwałem mu. Wyglądał na zaskoczonego.
- Twoim kosztem? Nie wydaje mi się. Posłuchaj, o co mi chodzi. - Odkaszlnął. - Mianowicie: wiem, że nie jesteś w zbyt dobrej sytuacji rodzinnej. Twoi rodzice zmarli nie dawno, a ty mieszkasz sam, prawda?
- Ja sam chciałbym, żeby Jimin był szczęśliwy, dlatego staram się nie ingerować w jego upodobania...
- Tylko czemu robi to pan moim kosztem? - Przerwałem mu. Wyglądał na zaskoczonego.
- Twoim kosztem? Nie wydaje mi się. Posłuchaj, o co mi chodzi. - Odkaszlnął. - Mianowicie: wiem, że nie jesteś w zbyt dobrej sytuacji rodzinnej. Twoi rodzice zmarli nie dawno, a ty mieszkasz sam, prawda?
Zatkało mnie. Skąd on to wie?
- Skąd pan o tym wie?!
Uśmiechnął się pod nosem.
- Lubię się bawić w Sherlocka. Ale przechodząc do rzeczy: masz gdzie mieszkać?
Pomyślałem o swojej ciotce.
- Oczywiście, że mam! - Powiedziałem dumnie. - Mam rodzinę w kraju.
- A nie wolałbyś wciąż mieszkać tutaj? Rozumiem, że twoje stare mieszkanie odpada, bo nie miałby kto go opłacać, ale nie chciałbyś chociaż szkoły skończyć tutaj?
- Do czego pan zmierza?
- Mógłbyś na jakiś czas zamieszkać u nas.
- Skąd pan o tym wie?!
Uśmiechnął się pod nosem.
- Lubię się bawić w Sherlocka. Ale przechodząc do rzeczy: masz gdzie mieszkać?
Pomyślałem o swojej ciotce.
- Oczywiście, że mam! - Powiedziałem dumnie. - Mam rodzinę w kraju.
- A nie wolałbyś wciąż mieszkać tutaj? Rozumiem, że twoje stare mieszkanie odpada, bo nie miałby kto go opłacać, ale nie chciałbyś chociaż szkoły skończyć tutaj?
- Do czego pan zmierza?
- Mógłbyś na jakiś czas zamieszkać u nas.
O mało co się nie oplułem. Co?! Zamieszkać u... Jimina?!
- Nie wydaje mi się, żeby to był dobry pomysł - starałem się mówić spokojnie. - O co panu tak naprawdę chodzi? Kto proponuje osobie, której w życiu nie widział mieszkanie?!
- Przydałaby ci się też terapia psychologiczna - mruknął.
- Słucham?!
- Nie, nic, skrót myślowy. A wracając do tematu, to co o tym sądzisz? Rozumiem, że potrzebujesz chwili, żeby się zastanowić. Przyjdę do ciebie wieczorem, po pracy. Chyba, że już podjąłeś decyzję?
- Ja... naprawdę... nie wydaje mi się...
- Spokojnie, oswój się z tą myślą. Przyjdę wieczorem. Do zobaczenia.
- Nie wydaje mi się, żeby to był dobry pomysł - starałem się mówić spokojnie. - O co panu tak naprawdę chodzi? Kto proponuje osobie, której w życiu nie widział mieszkanie?!
- Przydałaby ci się też terapia psychologiczna - mruknął.
- Słucham?!
- Nie, nic, skrót myślowy. A wracając do tematu, to co o tym sądzisz? Rozumiem, że potrzebujesz chwili, żeby się zastanowić. Przyjdę do ciebie wieczorem, po pracy. Chyba, że już podjąłeś decyzję?
- Ja... naprawdę... nie wydaje mi się...
- Spokojnie, oswój się z tą myślą. Przyjdę wieczorem. Do zobaczenia.
Jimin
Siedziałem przed domem i do wyglądu żula brakowało mi tylko papierosa w ustach. Nie wiedziałem co ze sobą zrobić po powrocie ze szpitala. Jungkook chyba powinien udać się do psychiatry, bo on przecież zupełnie nad sobą nie panuje! Być może ja też w końcu przesadziłem, ale... spodziewałem się innego powitania.
Ale wiecie, co jest najgorsze? To, że mam ochotę mu to wszystko wybaczyć, a po tym incydencie jeszcze bardziej się nim zaopiekować. Nie mam jednak pojęcia, jak to zrobić. Każdy ruch wydaje się przy nim błędny. Pewnie gdybym teraz tam przyszedł, dostałby z powrotem ataku furii. Może ojciec będzie wiedział, co poradzić? I tak właściwie, to gdzie on jest?
Poderwałem się ze schodków i wpadłem do domu. Ojca nigdzie nie było. Kurde, jeśli poszedł do Jungkooka, to mu nie daruję. Miałem nadzieję, że zapomniał o swoim cudownym pomyśle.
Już miałem biec z powrotem do szpitala, gdy zobaczyłem nikogo innego, jak właśnie mojego tatę idącego przez park. Wyglądał na zadowolonego.
- Tato! - Zawołałem i podbiegłem do niego.
- O, to ty.
- Gdzie byłeś? - Spytałem podejrzliwie. - I nie idziesz do pracy?
- Byłem u twojego kolegi zapytać go o przeprowadzkę...
- Tato! - Zawołałem i podbiegłem do niego.
- O, to ty.
- Gdzie byłeś? - Spytałem podejrzliwie. - I nie idziesz do pracy?
- Byłem u twojego kolegi zapytać go o przeprowadzkę...
Zakląłem pod nosem.
- Co powiedziałeś?
- Nic. Zgodził się?
- Jeszcze nie, ale dałem mu czas na zastanowienie się do wieczora.
- Byłoby cudownie, gdyby odmówił.
- Słucham? A, właśnie, pokłóciliście się, prawda?
- Tak - przytaknąłem. Nawet nie miałem siły pytać się, skąd on to wie.
- Nie martw się, wszystko będzie dobrze. Jeśli sprawy się ułożą po mojej myśli, już jutro będziemy pomagać Jungkookowi przeprowadzić się do nas.
- Ju-już jutro?!
- Co powiedziałeś?
- Nic. Zgodził się?
- Jeszcze nie, ale dałem mu czas na zastanowienie się do wieczora.
- Byłoby cudownie, gdyby odmówił.
- Słucham? A, właśnie, pokłóciliście się, prawda?
- Tak - przytaknąłem. Nawet nie miałem siły pytać się, skąd on to wie.
- Nie martw się, wszystko będzie dobrze. Jeśli sprawy się ułożą po mojej myśli, już jutro będziemy pomagać Jungkookowi przeprowadzić się do nas.
- Ju-już jutro?!
Ojciec palnął się w twarz.
- Jak mogłem zapomnieć?! Byłem dzisiaj u doktora opiekującego się Jungkookiem, żeby zapytać go o planowany termin wyjścia ze szpitala.
Powiedział, że jak na razie pacjent nie wykazuje żadnych niedogodności i wszystko jest w porządku, a także, że być może jutro będą w stanie wypisać go ze szpitala pod warunkiem natychmiastowego zgłoszenia się, jeśli coś będzie nie tak. W końcu, ile można siedzieć w szpitalu?
- Jak mogłem zapomnieć?! Byłem dzisiaj u doktora opiekującego się Jungkookiem, żeby zapytać go o planowany termin wyjścia ze szpitala.
Powiedział, że jak na razie pacjent nie wykazuje żadnych niedogodności i wszystko jest w porządku, a także, że być może jutro będą w stanie wypisać go ze szpitala pod warunkiem natychmiastowego zgłoszenia się, jeśli coś będzie nie tak. W końcu, ile można siedzieć w szpitalu?
O mało co nie podskoczyłem z radości. Nareszcie!
Jungkook
Po południu wróciłem z kolejnej rehabilitacji i tym razem kazano mi próbować wrócić na własnych nogach. Kurczowo trzymając się ściany, udało mi się dotrzeć do mojego łóżka. Zaraz po tym przyniesiono mi obiad.
Cały czas zastanawiałem się nad tym, co powiedział mi tata Jimina. Musiałem przyznać, że po pierwszym szoku propozycja wydawała się całkiem kusząca. Nie musiałbym zmieniać szkoły i wydzwaniać po ciotkach, płacąc przy tym spore pieniądze. Uniknąłbym też samotnego latania po całym kraju. Praktycznie jedyną wadą byłaby konieczność wspólnego mieszkania z Jiminem, którego staram się unikać jak ognia odkąd go poznałem, ale moje życie wciska mi go na każdym kroku. Może to znak, że powinienem przestać protestować, bo to i tak nic nie daje?
Moje relacje z tym chłopakiem były dziwne. Z jednej strony go nienawidziłem, ale z drugiej... czułem wobec niego coś, czego sam nie potrafiłem logicznie wyjaśnić. Przykładowo, ta sytuacja z dzisiaj. Zaraz po tym, gdy wyszedł, chciałem, żeby wszedł z powrotem. Teraz też miałem nadzieję, że już się na mnie nie gniewa, a myśl o tym, że mógłby już nigdy więcej się do mnie nie odezwać przyprawiała mnie o dreszcze. Dziwne, prawda?
Ale wracając do tematu przeprowadzki, miałem ogromną ochotę zgodzić się na to. Może... może faktycznie powinienem spróbować? A gdyby tylko coś nie grało, wyprowadzić się? Ten facet zaraz tu przyjdzie...
Jak na zawołanie, drzwi do sali otworzyły się i wszedł właśnie on. Telepatia?!
- Jestem trochę wcześniej, ale mam nadzieję, że ci to nie przeszkadza? - Zwrócił się do mnie. - Podjąłeś już decyzję?
- Ja... zdecydowałem, że... - "Raz kozie śmierć" pomyślałem. - ...tak. Zgadzam się na zamieszkanie u pana.
- Jestem trochę wcześniej, ale mam nadzieję, że ci to nie przeszkadza? - Zwrócił się do mnie. - Podjąłeś już decyzję?
- Ja... zdecydowałem, że... - "Raz kozie śmierć" pomyślałem. - ...tak. Zgadzam się na zamieszkanie u pana.
Mężczyzna klasnął w dłonie.
- Świetnie! Jutro pomożemy ci się przeprowadzić.
- Jutro?!
- Nie powiedzieli ci? Jeśli twój stan się nie pogorszy, jutro zostaniesz wypisany ze szpitala.
- Powiedzieli mi. Tylko nie spodziewałem się, że tak szybko.
- A co ty myślałeś?
- Nie wiem - przyznałem szczerze.
Chwilę obydwoje milczeliśmy.
- Świetnie! Jutro pomożemy ci się przeprowadzić.
- Jutro?!
- Nie powiedzieli ci? Jeśli twój stan się nie pogorszy, jutro zostaniesz wypisany ze szpitala.
- Powiedzieli mi. Tylko nie spodziewałem się, że tak szybko.
- A co ty myślałeś?
- Nie wiem - przyznałem szczerze.
Chwilę obydwoje milczeliśmy.
- Może mi pan odpowiedzieć na jedno pytanie? Czemu pan to robi? Przecież praktycznie wcale się nie znamy!
Mężczyzna uśmiechnął się.
- Lubię pomagać. Wdzięczność ludzi to największe szczęście dla mnie. A poza tym, widzę, że jesteś kimś ważnym dla mojego syna...
- Ma pan z nim bardzo dobry kontakt.
- Co w tym dziwnego? Ojciec nie ma prawa mieć dobrego kontaktu z dzieckiem?
- Jasne, że ma...
- No, więc o co chodzi?
- O nic.
- Nie złościsz się dzisiaj?
- Co?
- Pytam, czy nie masz zamiaru się dzisiaj wydzierać?
- Lubię pomagać. Wdzięczność ludzi to największe szczęście dla mnie. A poza tym, widzę, że jesteś kimś ważnym dla mojego syna...
- Ma pan z nim bardzo dobry kontakt.
- Co w tym dziwnego? Ojciec nie ma prawa mieć dobrego kontaktu z dzieckiem?
- Jasne, że ma...
- No, więc o co chodzi?
- O nic.
- Nie złościsz się dzisiaj?
- Co?
- Pytam, czy nie masz zamiaru się dzisiaj wydzierać?
Zagotowało się we mnie.
- A nawet jeśli, to co? - Wycedziłem.
- Nic, bo i tak będę już szedł. Masz jeszcze jakieś pytania?
- Nie!
- No więc, do widzenia. A, jeszcze jedno! Jimin się już na ciebie nie złości - dodał, po czym wyszedł z sali.
- A nawet jeśli, to co? - Wycedziłem.
- Nic, bo i tak będę już szedł. Masz jeszcze jakieś pytania?
- Nie!
- No więc, do widzenia. A, jeszcze jedno! Jimin się już na ciebie nie złości - dodał, po czym wyszedł z sali.
****
Następnego dnia obudziłem się cały w nerwach. Po śniadaniu lekarz zapytał mnie, jak się czuję, a po usłyszeniu, że dobrze kazał mi się przejść po sali, co udało mi się bez większych problemów. Doktor pokiwał tylko głową i kazał mi pójść za sobą do swojego gabinetu, gdzie zasiadł za biurkiem i zaczął szperać w jakichś papierach.
- Panie Jeon, widzę, że jak na razie jest pan w dobrym stanie. Nie ma pan żadnych kłopotów z wykonywaniem codziennych czynności, więc wydaje mi się, że faktycznie możemy pana wypisać z tego szpitala. Chyba, że pan się nie czuje jeszcze na siłach...
- Wszystko jest w porządku, mogę zostać wypisany - przerwałem mu.
Podał mi jakąś kartkę.
- Skoro tak, to proszę się tutaj podpisać. Kwota do zapłacenia jest tu podana i powinna zostać zrealizowana w ciągu miesiąca. Pański opiekun też powinien się tutaj podpisać, dlatego poczekam do jego przyjścia z wypisaniem pana.
- Opiekun? - Spytałem zdziwiony. Lekarz popatrzył na mnie podejrzliwie.
- Pan Park. Nie zna go pan? Podawał się za pańskiego opiekuna.
- Aaa, on. Znam go...
- No dobrze. Może pan wrócić do łóżka, chociaż zalecałbym spacer po korytarzu na rozruszanie mięśni. Gdy opiekun przyjdzie, wypiszemy pana.
- Panie Jeon, widzę, że jak na razie jest pan w dobrym stanie. Nie ma pan żadnych kłopotów z wykonywaniem codziennych czynności, więc wydaje mi się, że faktycznie możemy pana wypisać z tego szpitala. Chyba, że pan się nie czuje jeszcze na siłach...
- Wszystko jest w porządku, mogę zostać wypisany - przerwałem mu.
Podał mi jakąś kartkę.
- Skoro tak, to proszę się tutaj podpisać. Kwota do zapłacenia jest tu podana i powinna zostać zrealizowana w ciągu miesiąca. Pański opiekun też powinien się tutaj podpisać, dlatego poczekam do jego przyjścia z wypisaniem pana.
- Opiekun? - Spytałem zdziwiony. Lekarz popatrzył na mnie podejrzliwie.
- Pan Park. Nie zna go pan? Podawał się za pańskiego opiekuna.
- Aaa, on. Znam go...
- No dobrze. Może pan wrócić do łóżka, chociaż zalecałbym spacer po korytarzu na rozruszanie mięśni. Gdy opiekun przyjdzie, wypiszemy pana.
Przytaknąłem. Szykowało się długie czekanie.
****
Trzy godziny później jechałem zakorkowaną ulicą autem taty Jimina do mojego domu. Miał mnie tam podwieźć, żebym mógł się spakować, wrócić po Jimina i odebrać mnie z rzeczami. Byliśmy już bardzo blisko celu, więc odpiąłem pasy.
- Spakuj się spokojnie, ja powinienem wrócić z Jiminem za jakieś dziesięć minut, to pomożemy ci się zabrać.
- Mhm, dobrze.
- Spakuj się spokojnie, ja powinienem wrócić z Jiminem za jakieś dziesięć minut, to pomożemy ci się zabrać.
- Mhm, dobrze.
Wjechaliśmy na podjazd, wysiadłem z auta i zatrzasnąłem za sobą drzwi. Samochód z piskiem opon odjechał. Popatrzyłem na mój od dwóch tygodni niezamieszkany dom. Pewnie trzeba będzie posprzątać. Miałem nadzieję, że nikt się nie włamał, bo z tego wszystkiego chyba zapomniałem zamknąć za sobą drzwi.
Pociągnąłem za klamkę. Istotnie, były otwarte. Stanąłem w progu i zaświeciłem światło. Kurde, jaki tu syf. Serio byłem takim bałaganiarzem? Chyba muszę zacząć od posprzątania przedpokoju, bo aż wstyd będzie wpuścić tu Jimina...
Coś z hukiem chwyciło mnie za ręce od tyłu i zatkało mi usta czymś lepkim, tak, że nawet nie miałem okazji krzyknąć. W uchu usłyszałem szept:
- Dawno się nie widzieliśmy, kotku...
- Dawno się nie widzieliśmy, kotku...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz