poniedziałek, 23 maja 2016

#Silence - Rozdział 1



Tytuł: #Silence Gatunek: AU, Adventure, Gen (Historia bez wątku miłosnego) Bohater Główny: Kim Myungsoo Bohaterowie Pierwszoplanowi: Kim Himchan, Kim Sungkyu, Jang Hyunseung Uwagi: W opowiadaniu Hyunseung jest jeszcze członkiem Beast. Opis: Co się dzieje, gdy popularny ulzzang z Korei Południowej postanawia rzucić wszystko i wyjechać za granicę? Kim Myungsoo właśnie na coś takiego się decyduje. Jednak jego podróż okaże się bardziej niezwykła, niż się tego spodziewa. Na swojej drodze spotyka tajemniczego Sungkyu, niesamowitego Himchan'a i... co jeszcze?

Rozdział 1

  Czy ci ludzie nie mogą przestać tak błyskać? Czuję się jak u okulisty na badaniach przez te flesze. Muszę mrużyć moje biedne oczy, chociaż wiem, że przez to większość właśnie zrobionych mi zdjęć będzie dostępna w Google Grafice pod tagiem "Kim Myungsoo derp face". Ale, mimo to, dzielnie się uśmiecham i staram chodzić z właściwą mi gracją. Czy jestem sławny? - zapytacie. Cóż, można tak powiedzieć.
Nazywam się, jak już wcześniej powiedziałem, Kim Myungsoo i jestem jedną z najpiękniejszych osób w Korei Południowej. A przynajmniej za taką uchodzę, przez co moja popularność rośnie z dnia na dzień i czasami jest porównywalna do sławy idoli k-pop'u. Z tego powodu jestem często zapraszany na różne gale i ważne uroczystości jako ich ozdoba.
Tak, właśnie takie życie mi odpowiada. Wreszcie spełniłem jedno ze swoich marzeń, jestem znany. I pomimo wielu przeszkód i ciężkiej pracy, dotarłem tu gdzie jestem, czyli ani za wysoko (duża odpowiedzialność szkodzi!), ani nie za nisko, czyli właśnie tam, gdzie najbardziej mi odpowiada. Należy zachować umiar we wszystkim, pamiętajcie.
Ładny byłem już od urodzenia. W przeciwieństwie do innych dzieci na porodówce, nie wyglądałem jak nastroszony nerwus. Kiedy poszedłem do szkoły, często śmiano się ze mnie, że nie wyglądam męsko, ale ja przejmowałem się tym tylko na początku, później już do tego przywykłem i wszystkie obelgi spływały po mnie jak po kaczce, bo moi rodzice zapewniali, że kochają mnie takiego, jakim jestem. A zdanie rodziców było najważniejsze.
Gdy nieco podrosłem, zrozumiałem, że moja uroda to atut. Zapuściłem włosy do ramion. Do dziś pamiętam, jak nowy chłopak w mojej klasie wręczył mi kwiatek z pytaniem, czy może ze mną siedzieć w ławce, bo myślał, że jestem dziewczyną. Byliśmy wtedy na piątym roku, a jemu oczywiście dostało się po uszach od nauczycielki za "szerzenie homoseksualizmu". Od tamtej pory nie odzywał się do mnie. Ja natomiast wróciłem do domu z kwiatkiem we włosach. No, bo co w końcu. Ładny był.
Dwa lata później zdecydowana większość mojego szczytniego futra wylądowała we fryzjerskim koszu na śmieci. Tak jak większość nastolatków zacząłem przechodzić wtedy tak zwany "trudny okres zmian". I, jako że zmieniłem wtedy szkołę, uniknąłem na szczęście łatki "chłopca - dziewczynki".
Miałem wtedy kilku kumpli, ale później nasze drogi się rozeszły. Spotykam się teraz z tylko jednym z nich. Prawdę mówiąc, Lee Sungyeol jest aktualnie chyba jedynym moim przyjacielem. Pracuje w barze, ale z moją pyskatością nie dorastam mu do pięt. Chyba gdyby nie był taki bezczelny, nie zdołałby długo utrzymać się w jakiejkolwiek pracy. Ale oczywiście ma też zalety, które czasem są tak przesadzone, że aż się niedobrze robi. Przykładowo: jest pracusiem i pedantem. A to chyba najgorsze połączenie świata. Ale mimo wszystko, lubię go i ufam mu w większości spraw. Pomógł mi niezmiernie w mojej drodze do sławy, chociaż on sam nie traktuje tego jakoś nadzwyczajnie. Uważa, że tak po prostu robią przyjaciele i chyba ma rację.
Pomachałem z uśmiechem w stronę fotografów. Wiem, że już jutro zdjęcia z tej gali będą krążyć po internecie. Siadam na specjalnie zarezerwowanym siedzeniu w pierwszym rzędzie obok mojego managera. Jestem w swoim żywiole.
××××
Uroczystość minęła bez żadnych niespodzianek. Gdy po wszystkim wsiadałem do samochodu, żadne sasaengi na mnie nie napadły i zostałem pożegnany tylko kolejnymi błyskami fleszy. Normalka.
Byłem jednak dość zmęczony, a za kilka godzin miałem mieć kilka sesji. Manager pozwolił mi się zdrzemnąć w samochodzie, więc skorzystałem z propozycji, bo wiedziałem, że mój sen nie potrwa długo.
Śniły mi się jakieś bzdury. Na przykład, że ci wszyscy fotografowie mieli twarz szczerzącego się Sungyeola. Po chwili zaczęli mnie obłazić z nachalnością zombie. Nie miałem gdzie uciekać, więc skuliłem się, ale oni wciąż klepali mnie boleśnie po głowie i rękach. Krzyczałem i krzyczałem, jednak nikt nie przychodził z pomocą.
- Myungsoo, obudź się! - Zombie mówiły chórem głosami pozbawionymi żadnych emocji.
- Myungsoo! Śpisz już pięć godzin!
Otworzyłem oczy. Manager okładał mnie po głowie poduszką, co powodowało ból z tyłu mojej czaszki.
- Proszę przestać - wymamrotałem, ale chyba nie dosłyszał.
- Hyuuuung!! To boli!
Na te słowa nareszcie przestał. Odchyliłem głowę do tyłu. Nie pamiętałem, żebym przenosił się do łóżka.
- Nareszcie się obudziłeś! Wstawaj szybko, masz dzisiaj zdjęcia. Spałeś od ponad pięciu godzin! - Dodał z wyrzutem, po czym wyszedł z pokoju.
Przetarłem oczy i przeciągnąłem się. O mało co nie zaspałbym. Może kiedyś pięć godzin snu to byłoby dla mnie mało, ale teraz - wręcz przeciwnie. W każdym razie, dziesiąta rano to chyba dobry czas, żeby wstać. Nawet jeśli się poszło spać o piątej.
Otworzyłem szeroko okno i wziąłem kilka głębokich wdechów. Na ulicy było cicho, wiał przyjemny wiatr. Wyszedłem na balkon z moim telefonem i zrobiłem sobie zdjęcie, po czym wrzuciłem je na Instagrama. Dodałem podpis "#Silence #Cisza #Spokój Dzień dobry! Miłego dnia ^^", po czym zamknąłem za sobą drzwi balkonowe i odłożyłem telefon na szafkę. Po przebraniu się sprawdziłem komentarze.
"Dzień dobry :*"
"Myungsoo, kochamy cię! (/^▽^)/"
"Pozdrowienia z Japonii! Miłego dnia!"
Uśmiechnąłem się pod nosem. Lubiłem wstawiać zdjęcia rano, bo takie komentarze nastrajały mnie pozytywnie na cały dzień. A dziś czekało mnie naprawdę sporo pracy.

Blind - One Shot




One Shot inspirowany utworem Taewoona "Blind".

A/N: Żeby stłumić niektóre nieporozumienia w zarodku: opowiadanie jest pisane z perspektywy osoby chorej psychicznie. A choroba psychiczna = zaburzenia w postrzeganiu otaczającego nas świata. Dlatego to ff nie mogło być pisane "normalnie". Dziękuję za zrozumienie.


Blind

Ucieczka. Ciągła ucieczka. Przed sobą. Przed światem. Przed swoim własnym umysłem. Przed niczym.

Bycie introwertykiem nie jest proste. Podczas gdy inni mają jedną osobowość i są zawsze pewni swoich decyzji, ty musisz przedyskutować wszystko z milionami twoich własnych ja i kończy się to zwykle na tym, że robisz coś wbrew swojej woli, bo któraś z twoich osobowości cię do tego zmusza. A kiedy ty próbujesz jej odmówić, wychodzisz na głupka przed samym sobą. I z nikim nie możesz tego problemu rozwiązać. Nikt cię nie rozumie.
Introwertycy to psychopaci. Sami się za takich uważają. Ich mózg zastępuje im siedem miliardów ludzi, których mogą spotkać w swoim życiu i to w taki sposób, że ci prawdziwi ludzie są nudni i płascy, są jak tubka pasty do zębów, z której nie można wycisnąć już nic więcej. Monotonni jak pustynia.
Introwertycy nie mają dobrej opinii w dzisiejszym świecie. Są postrzegani jako egoiści, którzy nie widzą świata poza własnym nosem. I to jest prawda. Nie widzą. Ale nie dlatego, że nie chcą. Dlatego, że nie potrafią.
Ja chciałem uciec od tego. Chciałem poczuć wolność, poznać świat taki, jakim jest. Ale nie mogłem. Nie można uciec od siebie.
Dlatego stworzyłem sobie "przyjaciela". Miał mi służyć tylko do nauki przebywania z obcymi ludźmi. Był ze mną cały czas. Widział to, co ja, słyszał to, co ja, znał wszystkie moje myśli. Ale był kimś innym. Mogłem z nim telepatycznie rozmawiać kiedy tylko chciałem. Mieszkał gdzieś w mojej głowie, ale mimo to, nie był kolejnym mną.
Póki rozmawiałem z nim w myślach, było dobrze. Ale kiedy zaczęło mi się to wymykać spod kontroli, ludzie zaczęli uważać mnie za wariata. Mój młodszy brat stopniowo się ode mnie odizolowywał, co było dla mnie ciosem prosto w serce.
Jiho był jedynym człowiekiem w moim życiu, który nie był wyblakłą kartką papieru. Nie wiem, dlaczego. Ale widocznie nawet ktoś taki jak ja musi mieć chociaż jedną osobę, z którą się jako tako dogaduje. Dla mnie kimś takim był on. Z nim potrafiłem rozmawiać. Z nim chciałem rozmawiać.
Kiedy byliśmy dziećmi  bawiliśmy się razem. Mieliśmy wspólne sekrety, szyfry, tajemnice... Uważano nas za rodzeństwo idealne. Oczywiście zdarzało nam się pokłócić, ale zwykle po kilku chwilach godziliśmy się, bo nudno było bawić się samemu. Nie wyobrażałem sobie życia bez niego.
Kilka lat później Jiho poszedł do gimnazjum. Zdobył nowych przyjaciół i nie przebywaliśmy razem tak często. Zrozumiałem wtedy, czemu tak bardzo go kochałem. Bez niego byłem sam. Sam z własnymi myślami, które w tym najtrudniejszym okresie życia, uważałem tylko za jakieś chwilowe nieogarnięcie mózgu. Dopiero wtedy, gdy to nie przemijało, a ja nie byłem już w stanie żyć bez siebie, dotarło do mnie, co to tak naprawdę jest. Poznałem znaczenie słowa "introwertyk". I potrzebowałem wtedy mojego brata bardziej niż kiedykolwiek. A on coraz bardziej się nudził w moim towarzystwie.
Wtedy zdarzyła się ta cała akcja z Taeho. Tak nazwałem mojego wymyślonego przyjaciela. Połączenie imion Taewoon i Jiho.
Taeho miał być tylko po to, by nauczyć mnie rozumienia innych ludzi. Teraz uważam to za śmieszne. Jak kolejna wersja mnie miałaby mnie nauczyć rozumienia innych?
Z Taeho rozmawiałem w myślach. Pytałem go, jak mu minął dzień, a on mi odpowiadał. Chciałem się tym zainteresować, ale nie wychodziło mi. Teraz również uważam to za śmieszne. To tak jakbym po raz któryś przerabiał swój własny dzień. Jak mogłoby mnie to ciekawić?
W końcu nasze rozmowy zaczęły bardziej przypominać kłótnie. Wykłócałem się z nim, czasem zdarzało mi się nawet na głos, jak się zapomniałem. Raz na lekcji krzyknąłem "spadaj, durny dziadu!", co zaowocowało uwagą do dziennika od nauczyciela. Ludzie, którzy i tak już uważali mnie za gbura i dziwaka, na mój widok wiercili sobie dziurę w głowie. A po kilku takich przypadkach stało się coś strasznego.
Był normalny, wolny od szkoły dzień. Zawołałem Jiho do mojego pokoju. Ale on nie przychodził. Poszedłem więc do niego. Siedział ze słuchawkami przed telewizorem. Wtedy uświadomiłem sobie, jak dawno go nie widziałem. Zwykle mijał mnie w biegu.
Na mój widok wyraźnie się zestresował. Najpierw nie rozumiałem, o co mu chodzi. Do dziś pamiętam tą rozmowę.
- Hej, Jiho. Co tam u ciebie? Dawno nie rozmawialiśmy...
- Wszystko w porządku.
- Na pewno? Czemu jesteś taki spięty?
- Nie jestem spięty. Ale muszę już iść, Taewoon...
- Dokąd? Przecież dzisiaj masz wolne.
- Ja... - zaciął się wtedy na chwilę. A potem wybuchnął:
- Idź sobie, Taewoon! Odczep się ode mnie!
- Ale dlaczego?
- Jesteś psychiczny! Nie wiem, co ty mi chcesz zrobić, odczep się ode mnie! Nie mam nic dla ciebie, rozumiesz?!
Tamtej nocy płakałem najmocniej w całym życiu. Zamknąłem się wtedy w pokoju i nie wpuszczałem nikogo. Nie jadłem i prawie nie spałem. Moje serce strasznie bolało. Dosłownie.
Kolejne kilka lat minęło mi burzliwie. Każdego dnia odganiałem od siebie niewidoczne postacie, ryczałem po nocach, uzależniłem się od internetu. Był dla mnie wybawieniem. Kiedy siedziałem na telefonie, nie myślałem. I czasem trwało to dopóty dopóki nie poczułem, że jak tylko zamknę oczy, to zasnę.
Jiho miał wkrótce zadebiutować ze swoim zespołem. Wyjechał do Seulu całkowicie odcinając się ode mnie, swojego powodu do wstydu. Dla mnie jednak wciąż był najukochańszym  bratem, za którym tęskniłem jak za nikim innym...
13.08.2011
Po raz kolejny naciskałem replay do piosenki Block B "Freeze".
Block B to zespół mojego brata, a "Freeze" to ich debiutancki utwór. Słucham go bez przerwy od czterech miesięcy, za każdym razem wyjąc z bólu. Tak dawno nie widziałem Jiho. Tak dawno z nim nie rozmawiałem. Tak dawno już mnie porzucił.
- Jiwoon, nie nudzi ci się to już?
- Nie, Taewoon. Ale fryzura Jiho wygląda tu okropnie.
- Spieprzaj!
- Wypchaj się. Nie możesz mnie zniszczyć.
Zamachnąłem się. Jiwoon był moim nowym towarzyszem, który czasem doprowadzał mnie do szału.
Ale czekaj, Taewoon. Przecież Jiwoon to tak naprawdę odwzorowanie twojego mózgu. Czyli jego słowa to tak naprawdę twoje. Czy naprawdę nie podoba ci się fryzura Jiho? Podoba mi się! Przestań sobie wmawiać. Twoja podświadomość mówi, że nie. Spieprzaj, durny mózgu!
Złapałem się za głowę. Jak to zastopować?!
Może powinienem udać się do psychiatry? Niee, przecież już tyle razy to rozważałeś. Psychiatra nic nie pomoże. Przecież tego, że jesteś introwertykiem nie da się zmienić! No, fakt. Ale spróbuję. To ja tu rządzę!
Po południu umówiłem się na wizytę w najbliższym szpitalu psychiatrycznym, a następnego dnia udałem się na badania.
Trwały one krótko. Lekarz oznajmił mi, że jestem nie tylko introwertykiem, ale wykazuję także socjofobię i lżejszą odmianę schizofrenii.
Nie zaskoczyło mnie to. Od dawna czułem, że dzieje się ze mną coś dziwnego. Te badania tylko to potwierdziły.
13.09.2011
Jiho wciąż nie dawał mi znaku życia. Podobno porozumiewał się z moimi rodzicami, ale do mnie nigdy nie napisał ani słowa.
Kilka dni po tych badaniach przestałem jeść. Po dwóch tygodniach byłem w stanie krytycznym, zdiagnozowano u mnie anemię. Zostałem podłączony do kilku kroplówek i leżałem po prostu na szpitalnym łóżku, nie mając sił do niczego. Jiho, Jiho, Jiho... Gdzie ty jesteś?
Miesiąc po badaniu lekarz zadzwonił do mnie, czemu nie przyszedłem na terapię. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą. Nie przyszedłem, bo nie wierzyłem, że to cokolwiek zmieni. Ale jak to?! Masz jutro stawić się w psychiatryku. Nie mogę, proszę pana. Jestem podłączony do szpitalnego łóżka, przepraszam, nie stawię się. Nie, nie wiem, czy później będę mógł. Nie wiem, czy będzie jakiekolwiek "później". Jak to nie wiesz?! Normalnie. A poza tym nie chcę pozbywać się Jiwoona. On się na to nie zgodzi. No, Jiwoona. Normalnego. Dobrze, pomyślę. Do widzenia.
Taewoon! Obudź się! Patrz, kto przyszedł! Kto przyszedł? Jiho! Jezus Maria, to on!!!
Nie wierzyłem własnym uszom. Natychmiast otworzyłem oczy i rzuciłem się na brata o mało co nie odłączając się od kroplówki. Był taki sam, jak go zapamiętałem. Tak samo delikatny. Mój mały, kochany braciszek.
- Jiho, co ty tu robisz?! Tyle czasu cię nie widziałem! Wreszcie do mnie wróciłeś!
- Nie wróciłem, Taewoon. Mama powiedziała mi o wszystkim. I zrozumiałem, że to ja jestem tym złym. Byłem osłem, Taewoon. Wybacz mi.
- Jiho!
Uratuj mnie. Skoro tu jesteś, uratuj mnie w końcu. Tyle czekałem. Możesz zdziałać więcej, niż cała armia lekarzy. Błagam, zabij Jiwoona. Zabij mój mózg.
- Za kilka godzin muszę wracać. Wieczorem muszę być z powrotem w dormie. Nie wiesz, ile błagałem managera, żeby mi pozwolił na chwilę się z tobą spotkać.
Nic nie musisz. Nic.
13.09.2016
Po raz kolejny ściskałem list od Jiho w ręce. Ten skrawek papieru miałem przy sobie od pięciu lat i teraz niewiele już z niego zostało. Zawczasu przepisałem go sobie na czystą kartkę, ale teraz znałem już jego treść na wyrywki, więc nie było mi to potrzebne.
Drogi Taewoonie.
Wybaczże nie zostałem z Tobą dłużejale usnąłeśa ja nie chciałem być nachalnyDziękuję za wybaczenie błędów z dzieciństwaNie martw się o mnie, wrócę do Ciebie kiedy tylko będę mógła wtedy pomogę Ci we wszystkimWyleczymy Ciępokażę Cijak piękny jest światchociaż Ty już pewnie podświadomie to wieszBądź silnypamiętajże to wszystkoco Cię dręczyto tylko złudzenie. Wmawiasz to sobieTo nie jest żaden diabełTo TyTwój umysłJeszcze raz bądź silny.
Na zawsze Twój,
Jiho
Jak dotąd byłem silny. Za każdym razem, kiedy przychodziło mi do głowy samobójstwo, myślałem o tym liście. Rozmawiałem z nim, jakbym rozmawiał z moim bratem. Tuliłem się do niego w nocy. Pomagał mi przetrwać najgorsze koszmary, które nawiedzały mnie nawet w biały dzień.
Aż w końcu, pewnego dnia usłyszałem dzwonek do drzwi wejściowych.
- Wróciłem!
Wrócił. On wrócił. Nie zapomniał o mnie.
- Taewoon!
Uściskał mnie jak nigdy wcześniej.
- Teraz już na zawsze będę z tobą. Zerwałem kontrakt z wytwórnią.
Co ty mówisz? A reszta Block B?
- Poradzą sobie beze mnie. Rozumieją...
13.09.2017
- Otwórz oczy, Taewoon.
- Co to takiego?
- Mój tort urodzinowy.
- No, tak. Jutro będziesz miał już dwadzieścia pięć lat.
- Daj mu spokój. On nie istnieje. Nie machaj tak tą ręką, bo cię rozboli. Popatrz lepiej, jaki ładny tort. Jak myślisz, jak smakuje?
- Dobrze. Smacznie.
- Z pewnością.
Nie zamykałem oczu. Nie chciałem więcej przegapić. Miałem już prawie trzydzieści lat. Najwyższy czas, żeby się obudzić. Teraz często czułem się tak, jakbym urodził się będąc już dwudziestosiedmiolatkiem.
- Jutro masz ostatnią terapię, Taewoon. Wróć przed wieczorem. Pojutrze będzie już trochę inaczej dla nas obu. Ja będę rok starszy, a ty będziesz mógł się określać jako osoba, która zakończyła leczenie, a nie osoba w jego trakcie. Jak się z tym czujesz?
Jak się z tym czuję? Normalnie. Wreszcie mogę powiedzieć, że czuję się normalnie. To dzięki tobie, braciszku. Tylko dzięki tobie. Otworzyłeś mi oczy. Odwróciłeś uwagę. Zniszczyłeś wszystkie złudzenia. Gdyby nie ty, nie byłoby mnie tutaj. Albo byłbym wypraną z emocji roślinką.
Czasem to przed czym uciekamy przesłania nam pole widzenia. Stajemy się ślepi na to, do czego dążymy. Dziękuję, za wyprowadzenie mnie ze ślepoty, Woo Jiho.

Enemy. Jikook Fanfiction - Rozdział 16 i ostatni



Rozdział 16

Jimin
  Śledziłem Jungkooka aż po sam dziwny, zniszczony budynek. Nie miałem pojęcia, po co on tam wszedł, ale po jego pewnym kroku domyśliłem się, że pewnie wiele razy bywał już w tym miejscu. Nie czułem więc potrzeby wchodzenia do środka, dopóki pod knajpką naprzeciwko rudery nie zatrzymał się samochód. Wysiadł z niego dość silnie umięśniony, wysoki mężczyzna i luzackim krokiem podszedł do drzwi budynku, w którym przebywał Jungkook. Przed wejściem rozejrzał się szybko dookoła. Na szczęście byłem dobrze schowany. Nie zauważył mnie.
  Kiedy w końcu zamknął za sobą drzwi, poczułem niepokój. Co jeśli to jakiś wróg Jungkooka? Nasłuchiwałem w obawie. Kiedy po kilku minutach, nie działo się nic, odetchnąłem trochę. Nagle przyszło mi do głowy, że może mężczyzna popełnił ciche morderstwo, ale szybko zbyłem tę myśl. Przecież wyszedłby wtedy z budynku, prawda?
  Czekałem więc. Mijały minuty. I nagle, zupełnie niespodziewanie usłyszałem mrożący krew w żyłach krzyk. Od razu go rozpoznałem i bez namysłu wpadłem do środka rozsypującego się budynku. Wbiegłem do najbliższego pokoju, jednak nikogo tam nie było. Wbiegłem do następnego.
  Jungkook siedział skulony pod ścianą, podczas gdy mężczyzna zamachiwał się na niego z... nożem. Ten widok w pierwszej chwili pozbawił mnie tchu, jednak szybko przerażenie przemieniło się w falę gniewu, która dodała mi sił. Z zaskoczenia rzuciłem się na napastnika. Przewrócił się, nóż wypadł mu z ręki.
- Jimin, co ty tu... - usłyszałem głos Jungkooka.
- Ratuję cię głupku! - Odpowiedziałem. Chociaż może "ratuję" to zbyt duże słowo. Chyba lepsze byłoby w tej sytuacji "pomagam".
  Mężczyzna wił się pode mną, a ja nie miałem pojęcia, jak go unieszkodliwić. Przypomniałem sobie scenę w domu Kookiego. Jak mój tata to zrobił z tym kolesiem? Chyba jakoś tak...
  Uderzyłem przeciwnika w potylicę. Ale oprócz uszkodzenia mu nosa, chyba nic to nie dało. Powtórzyłem cios. Tym razem trochę znieruchomiał. Powoli podniosłem się z niego i kopnąłem go w klatkę piersiową. Potoczył się w drugą stronę z uśmiechem na twarzy. Zakaszlał.
  Poczułem, jak ktoś odpycha mnie od tego człowieka.
- Jimin, przytrzymaj go! - Usłyszałem.
  Zobaczyłem Jungkooka z jakimś sznurem w ręku i natychmiast zrozumiałem, o co mu chodzi. Może związanie kogoś to dziecinny sposób, ale w tej chwili wydał mi się dość dobry. Trzymałem mężczyznę, kopiąc go i uderzając, aż w końcu chyba faktycznie stracił przytomność. Jungkook już wtedy zdążył go owinąć sznurem.
****
  Wieczorem wciąż tuliłem Jungkooka do siebie. Kiedy wróciliśmy do domu poprosił mnie, bym nie opowiadał swoim rodzicom o tym zdarzeniu i były to pierwsze słowa, które wypowiedział od czasu akcji w "bazie". Później zamknął się w swoim pokoju. Przyszedłem tam dopiero kiedy usłyszałem głośny szloch.
  Jungkook siedział na łóżku rycząc w niebogłosy. Usiadłem obok niego i nieco siłą przysunąłem go do siebie. Po chwili sam oplótł mnie swoimi ramionami. Mimo to, wciąż płakał. Poklepywałem go po plecach i kołysałem jak małe dziecko, ciesząc się, że wreszcie mi zaufał. Siedzieliśmy tak kilka godzin.
  O dziesiątej wieczór byłem już wpół śpiący. Jungkook teraz leżał zwinięty na moich kolanach, wciąż pochlipując.
****
Obudziła mnie cisza. Otworzyłem oczy. Leżałem pod kocem, a obok mnie leżał Kookie. Popatrzyłem na niego z czułością, po czym spróbowałem się podnieść, żeby przenieść się do swojego pokoju, jednak nie doceniłem słabego snu chłopaka. Obudził się natychmiast.
- Jimin, idziesz sobie? - Zapytał zaspanym głosem.
- Wybacz, nie chciałem cię budzić.

  Skinął głową i również usiadł. Patrzyliśmy się na siebie w milczeniu.
- Dziękuję - odezwał się w końcu.
- Za co? Mówiłem, że będę cię chronił.
- Skąd ty się tam wziąłeś? Śledziłeś mnie?
- Można tak powiedzieć.
   Znowu zamilknął.
- Chyba faktycznie mnie kochasz.
- Tak, Jungkook. Kocham cię najbardziej na świecie.
- Wiesz co? Ja chyba też.
- Ty narcyzie - powiedziałem ze śmiechem.
- Chodziło mi o to, że ja... no wiesz... kocham ciebie.
  Znowu go przytuliłem. To uzależnienie.
- Wiem - odpowiedziałem - I mam do ciebie pytanie, na które kategorycznie masz mi odpowiedzieć.
- No dobrze. Pytaj.
- Nie będziesz się już więcej narażał na śmierć, obiecujesz?
  Nie odpowiedział.
- Obiecujesz?! - Powtórzyłem.
  Chłopak ścisnął mnie mocniej.
- Obiecuję - wyszeptał w moje ramię.

Enemy. Jikook Fanfiction - Rozdział 15



Rozdział 15

Kocham cięJungkookTe słowa odbijały się echem w mojej głowie. Kocham cię... Kocham cię... Jungkook...
  Coś we mnie pękło. Nie wiem, jakaś żyła, czy kość, czy może jakieś naczynia krwionośne w mózgu, naprawdę nie wiem. Ale fakt był taki, że nie mogłem się ruszyć. Naprawdę nie mogłem. I nie przewidywałem, że coś takiego może zdarzyć się naprawdę, bo dotychczas widywałem takie sytuacje tylko w filmach.
  
  Kocham cięJungkook... Czemu on to powiedział? Czy to jakieś paraliżujące zaklęcie? Czy on chce mi zrobić krzywdę?
Kocham cięJungkook... Nie pamiętam, żeby ktokolwiek w życiu tak się do mnie odezwał. Nawet moi rodzice. Czy to znaczy, że on kocha mnie bardziej niż oni? Co to w ogóle znaczy "kochać"? Czemu on to czuje wobec mnie? I czy... Czy ja to uczucie odwzajemniam?
- Jungkook, powiedz coś.
  Otrząsnąłem się. 
- Co mam powiedzieć?
- No... No nie wiem, cokolwiek. Bo ja nie wiem, co ty sobie w tym momencie myślisz. Nakrzycz na mnie, albo uśmiechnij się, albo... no nie wiem, ale zrób coś, bo serio, zaraz zwariuję.
  Nie miałem pojęcia, co mu powiedzieć. W końcu nie co dzień ktoś wyznaje mi miłość.
- Jimin, chciałbym coś powiedzieć, ale nie wiem, co - "kurde, masło maślane" pomyślałem.
- To może idźmy już spać? Przemyślisz to sobie w spokoju...
  I od tego przemyślania w ogóle nie usnę. Bardzo śmieszne. A jutro chciałbym już pójść do szkoły, żeby nie mieć kolejnych zaległości.
  Czy ja to uczucie odwzajemniam? Wstyd mi było przed samym sobą, że nie potrafię bez namysłu odpowiedzieć "nie" na to pytanie. Kiedy tylko próbowałem, coś się we mnie burzyło. Czy ja kocham Jimina?
  W jednym momencie przeszły mi przez głowę wszystkie związane z nim wspomnienia. Jak wrył się do mojej ławki. Jak myśli o nim nie dawały mi spokoju. Jak wylądowałem na jego koledze i po cichu chciałem, żeby mi pomógł. Jak spał w szpitalu, trzymając mnie za rękę. Jak dowiedziałem się, że był przy mnie cały czas...
  Moim naturalnym odczuciem wobec nowo poznanych osób była obojętność, najwyżej podejrzliwość. Natomiast wobec niego od razu zareagowałem gwałtownie, od razu zaczął mnie irytować. Czy to znak? Chciałem przyznać, że nie chcę go kochać, ale nie potrafiłem. Znów czegoś nie potrafiłem. Znów przez niego.
  Poczułem, jak spada na mnie coś miękkiego. Drgnąłem przestraszony.
- Masz, owiń się tym kocem, skoro nie zamierzasz się stąd w ogóle ruszać - usłyszałem stłumiony głos dobiegający z łóżka.
Podniosłem się z podłogi.
- Już sobie idę.
  Nagle przypomniałem sobie o tym, jak łatwo dostać się z ulicy przez okno do mojego pokoju i odechciało mi się wracać.
- Nie masz jakiegoś materaca, czy czegoś? 
- Mam - usłyszałem. - Ale nie będę teraz wychodził spod kołdry. 
- A gdzie on jest?
- W szafie. Zamkniętej na klucz.
- Masz ten klucz?
- Nie. Jest w przedpokoju. 
- Co za... 
- Cicho bądź. Jak ci zimno, właź tutaj - przesunął się na skraj łóżka, zostawiając sporo wolnego miejsca z drugiej strony.
- Wiesz, nie sądzę..
- Albo tu włazisz, albo wynocha do swojego pokoju. Chcę się dziś choć trochę wyspać.
Podszedłem do łóżka. Jak tu leżeć, nie stykając się z nim ciałem?
- A co będzie, jak twoi rodzice tu przyjdą? Nie pomyślą sobie... no wiesz...?
- Nie przychodzą tutaj rano. Ja zwykle wstaję pierwszy.
  Mój ostatni argument właśnie legł w gruzach. Chyba nie miałem wyboru.
Odsunąłem róg kołdry i ostrożnie wszedłem pod nią. Ułożyłem się tak bardzo na skraju, że chyba z góry byłem narażony na spadnięcie. No, ale, trudno, przeżyję.
Po chwili poczułem coś ciepłego oplatającego moje ramiona i przysuwającego mnie w stronę chłopaka. Próbowałem się uwolnić spod jego ręki, ale byłem chyba na to zbyt słaby, bo nie wychodziło mi zupełnie. Po chwili bezskutecznych wysiłków, poddałem się. I chyba nigdy w życiu nie spało mi się tak dobrze.
****
  W szkole czułem ciągłą potrzebę zakrywania się kapturem z powodu wszystkich wlepionych we mnie spojrzeń. Niektórzy szeptali na mój widok chichocząc pod nosem, co sprawiało, że czerwieniłem się jak burak. Jimin był obok mnie praktycznie cały czas. Z jednej strony chciałem wtedy, żeby się oddalił, bo jeszcze ktoś pomyśli, że jesteśmy parą, ale gdy tylko zostawałem sam, kuliłem się i miałem wielką ochotę pobiec za nim.
****
Po szkole postanowiłem pójść do bazy. Wydawało mi się, że rewizję zrobili już tydzień temu, więc raczej nikt by mnie tam nie nakrył.
  Dlaczego chciałem tam pójść? Wspominałem już, że często czułem się tam lepiej niż w domu? No, właśnie. Pomimo tego, iż była to stara, rozpadająca się rudera, było mi tam przyjemnie. Mogłem zrobić sobie ciepłej herbaty, pogadać z Hye Rim, pomyśleć. Nawet kiedy nikogo tam nie było, czułem się w bazie lepiej, niż u siebie w domu.
  Tym razem chciałem także zadzwonić do mojej nieszczęsnej ciotki, żeby ją powiadomić o tym, gdzie się znajduję i co się ze mną stało. Przy okazji postanowiłem zatelefonować do Yoongiego. W końcu musiał coś zrobić z tym całym biznesem, a nie wiem, czy dowiedział się o aresztowaniu ahjummy.
  Zamknąłem za sobą zwisające z zawiasów drzwi i udałem się do pokoju ze starym stołem. Wyciągnąłem z kieszeni telefon. W historii kontaktów odnalazłem numer ciotki. Odebrała po pięciu sygnałach
- Słucham? - Usłyszałem głos w słuchawce. Zaciąłem się na chwilę. - Słucham?! Jungkook, to ty?
- Tak, to ja. Nie przeszkadzam?
- Nie, nie... Po co dzwonisz? Czemu nie było cię na pogrzebie?
  SpokojnieJungkookona nic nie wie - powiedziałem sobie w myślach, bo zirytowałem się jej słowami.
- Nie mogłem, leżałem wtedy w szpitalu - odparłem oschle.
- Co się stało?
- Nic oprócz tego, że próbowałem popełnić samobójstwo - nie powstrzymałem się. - Niech się ciocia cieszy, że wylądowałem w szpitalu, bo by miała dwa pogrzeby.
- Co ty mówisz?!
- Prawdę, samą prawdę. Ale nie po to dzwonię...
- A po co, dziecko kochane? - Spytała słabo.
- Po to, żeby oznajmić ci, że nigdzie się nie przenoszę do wakacji. To w razie, gdyby mnie ciocia oczekiwała. Do widzenia.
- Oczekiwała? Czekaj, nie rozłączaj się!
- Udało mi się znaleźć mieszkanie. 
- Aa, o to ci chodzi. Dobrze, bardzo dobrze.
- Tak, o to. Jeszcze raz do widzenia.
- Do widzenia.
Rozłączyłem się. Dobra, jedna rozmowa za mną. Co jest ze mną nie tak? Znowu się zdenerwowałem...
  Przed rozmową z Yoongim zrobiłem sobie herbaty. Na gadanie z nim zwykle trzeba się było psychicznie przygotować. Był jeszcze bardziej nieobliczalny niż ja.
  Gdy po raz drugi wyciągałem telefon z kieszeni, usłyszałem trzask drzwi wejściowych. Od razu poderwałem się na równe nogi. Nie miałem pomysłu, kto to mógł być. Cholera, czyżby drugi porywacz? Na wszelki wypadek zakradłem się do kuchni i wziąłem jakiś kubek z szafki, żeby w razie czego przywalić nim napastnikowi. Usłyszałem kroki w pokoju. Na palcach wróciłem do niego i zajrzałem przez szparę w drzwiach. Kubek wypadł mi z ręki, ale nie przejmowałem się tym. Wpadłem do pokoju krzycząc:
- Właśnie miałem do ciebie dzwonić.
Tak, włamywaczem był Yoongi. Czy mówiłem już, że jest nieobliczalny? Zjawi się w najmniej spodziewanej chwili i będzie się z tobą wykłócał, że go przestraszyłeś.
- O, młody. Co ty tu robisz?
- Wydzwaniam do różnych ludzi. A ty?
- Wróciłem po nowe zlecenia.
- Masz niezłe wyczucie. Akurat...
- Dobra, dobra, cicho bądź i zrób mi coś do picia, bo zaraz wyschnę na pył - przerwał mi niegrzecznie i rozparł się na krześle.
- Sam se zrób. Nie jestem twoją pokojówką. 
- A chciałbyś?
- Zamknij jadaczkę i słuchaj - nie bałem się go. Nie miałem powodu. - Nowych zleceń na razie nie dostaniesz. Ahjummę aresztowali...
- Co?! - Yoongi wstał z hałasem z krzesła. - Co ty chrzanisz?!
  Posłałem mu mordercze spojrzenie.
- Ahjummę aresztowali jakieś dziesięć dni temu i zrobili tu rewizję.
- Coś znaleźli?
- Mam nadzieję, że nie. I tak już nie było czego znajdywać. Większość towaru sprzedaliśmy.
- Kurwa! Dlaczego ją nakryli?!
- Nie mam pojęcia. Widocznie ktoś dał cynk policji.
- Domyślasz się, kto to mógł być? - Zapytał dziwnym głosem.
Postanowiłem przemilczeć sprawę moich porywaczy i podejrzenie, że to oni naskarżyli.
- Nie...
- Kiedy dowiedziałeś się o tym?
- O czym?
- O aresztowaniu.
- Jak wracałem z dostarczenia przesyłki.
  Niebezpieczny uśmieszek wykwitł na jego twarzy.
- Miałeś jakieś potyczki z adresatem?
- Nie...
- Na pewno?!
- No... zapraszał mnie, żebym został, ale mu zwiałem, a później uciekłem jego ludziom... - gdy zorientowałem się, co powiedziałem, zatkałem szybko usta dłonią. Niestety, było już za późno. Yoongi zgrzytnął zębami.
- I przez twoją ciapowatość, pieprzony gówniarzu, ja teraz straciłem moje główne źródło dochodów - powiedział cicho. Mimo to, czułem, jakby ten jego szept rozcinał mi skórę na twarzy.
- Wiesz, jest mnóstwo dilerów, zawsze możesz się zatrudnić się u kogoś innego - wymamrotałem szybko.
- Taak. Najpierw jednak pozbędę się pewnego wadliwego elementu, bo gdyby nie on, nie musiałbym tego robić i narażać się na złapanie przez gliniarzy.
- O czym ty mówisz?! - Poderwałem się z krzesła wystraszony.
- I tak już pewnie jestem poszukiwany, więc co mi szkodzi?
Moja twarz zmieniła się w jeden wielki znak zapytania. Popatrzyłem na niego z przerażeniem.
  Chłopak sięgnął do kieszeni. W jego dłoni błysnął nóż.

Enemy. Jikook Fanfiction - Rozdział 14



Rozdział 14

  Ogarnęła mnie panika. Prawie nie mogłem się poruszyć ze strachu, ale też dlatego, że napastnik tak mocno mnie trzymał.
Muszę coś zrobić. Muszę.
  Wykręciłem się znienacka kopiąc mojego agresora w kolano. Kiedy tylko poczułem, że rozluźnił uścisk, wyrwałem się i pobiegłem w głąb domu nawet nie sprawdzając, kim był. Cholera. Co ja mam teraz robić?
  Wbiegłem do pokoju, w którym były wszystkie moje rzeczy. Czy schowanie się w szafie to dobry pomysł? Nie wiem czy dobry, ale na razie jedyny. Pan Park z Jiminem powinni tu być za kilka minut. Może uda mi się przetrwać do tego czasu, a później... No właśnie, co później? Jimin mnie uratuje? Czemu na to liczę?
  Usłyszałem kroki za drzwiami. W ułamku sekundy otworzyłem drzwi do szafy i wskoczyłem do środka, zatrzaskując je za sobą. Miałem nadzieję, że napastnik nie usłyszał huku, ale niestety. Po chwili przez szczelinę zobaczyłem, jak ktoś wchodzi do pokoju. Teraz wreszcie miałem okazję mu się przyjrzeć. Był przysadzisty i barczysty, jak to się mówi, kawał chłopa. Moja panika zamieniła się w przerażenie. On nie będzie się ze mną cackał. Musiałem szybko coś wymyślić, żeby grać na zwłokę przynajmniej do momentu, aż przyjadą po mnie. Nie obchodziło mnie już, czy to Jimin mnie uratuje, czy ktoś inny, wręcz zacząłem błagać go w myślach, żeby szybko przyjechali.
  Mężczyzna szukał czegoś po pokoju, zajrzał pod łóżko i do większości szafek, wyrzucając wszystko, co w nich było. Krzywiłem się tylko na to, wiedząc, że szafie na pewno nie odpuści i myśląc gorączkowo, jak by tu uciec, kiedy usłyszałem brzęk rozbijanego szkła i okrzyk:
- Kuźwa!
  Wyjrzałem przez szparę i zobaczyłem coś, co natychmiast sprawiło, że miałem ochotę wyskoczyć z szafy i zabić tego człowieka.
Na podłodze leżał stłuczony wazon mojej mamy. Zostawiła mi go, kiedy się wyprowadzali. Ja z niego nie korzystałem, ale czasem przypominał mi o rodzicach, a teraz był praktycznie jedynym śladem po nich w tym domu. Był. Ten pojeb go rozbił. On. Go. Rozbił.
Nawet nie zauważyłem, kiedy wyskoczyłem z szafy i rzuciłem się na niego od tyłu, oplatając mu szyję rękami. Miałem ochotę gryźć, kopać, pobić go nawet śmiertelnie. On jednak szybko się wyplątał z moich ramion. Odepchnął mnie, tak że upadłem na plecy. Przez chwilę nie byłem w stanie się podnieść. Stanął nade mną i kopnął mnie w bok. Zwinąłem się z bólu.
- Kochasiu, nie ze mną takie numery - wycedził. - Gdybym nie chciał cię w całości, byłbyś już martwy.
  Nagle zrozumiałem, kim on jest. To jeden z moich porywaczy! Chyba ten, który nie prowadził wtedy samochodu. A ja głupi myślałem, że rozpłynęli się w eterze...
  Adrenalina jeszcze we mnie nie opadła. Zignorowałem słabnący już ból i podniosłem się chwiejnie.
- Gdzie jest ten drugi? - Spytałem. To mój dom i moje zasady. Nie będzie mi się tu jakiś przygłup panoszył! - Gadaj, kurwa!
Zaśmiał się tylko.
- Odważny z ciebie dzieciak. Ale to nic nie da... Wiesz chyba, że może się to wszystko odbyć bez bicia? Jeśli grzecznie pójdziesz za mną...
Nie dałem mu skończyć. Skoczyłem na niego, nogą kopiąc go w krocze, a pięścią z całej siły uderzając w twarz. W tym ciosie zawarłem cały mój strach spowodowany porwaniem, nienawiść do Jimina, ból po rodzicach i jeszcze kilka innych emocji, które nie dawały mi spokoju. I wreszcie coś mi się w życiu udało. Przeciwnik przetoczył się po podłodze. Uciekłem z pokoju, nawet nie patrząc, czy wstał.
  Pobiegłem do kuchni. Leżały tam w szufladzie jakieś stare patelnie. Znalazłem jedną szczególnie wielką i płaską, następnie wróciłem na palcach pod drzwi mojego pokoju i zaczaiłem się pod nimi. Nie musiałem czekać długo. Po chwili usłyszałem szybkie kroki z wnętrza. Kiedy tylko drzwi się otworzyły z całej siły uderzyłem kawałem metalu w wychodzącą z nich osobę. Odgłos uderzenia oznajmił mi, że trafiłem. 
- Nie będziesz mi się tu panoszył! - Wykrzyczałem usatysfakcjonowany.
- Tato! - Usłyszałem krzyk zza drzwi. Zaraz, co? Czyżby przyszedł tu jego syn?
  Zajrzałem do środka i o mało co nie zemdlałem. Na podłodze z rękami przy twarzy, siedział tata Jimina, a sam Jimin klęczał przy nim wystraszony i widocznie nie wiedział, co robić.
  Oparłem się plecami o ścianę i zjechałem na dół. Czemu nigdy nic mi nie wychodzi. Cholera, cholera, cholera jasna. Mogę się już pożegnać z darmowym mieszkaniem i sympatią Jimina i jego ojca. A dlaczego? Bo właśnie uderzyłem go patelnią w twarz.
- Jungkook, co to miało być? - Usłyszałem chrapliwy, nosowy głos.
- Ja... ja naprawdę przepraszam, proszę pana. Nie wiedziałem, że już przyjechaliście i że tu jesteście... Chciałem uderzyć tego... - wskazałem ręką na nieprzytomnego (wow, mam niezłe uderzenie) porywacza leżącego w kącie. - No, jego.
- Wiesz, to w pełni zrozumiałe, ale może powinieneś używać trochę mniej niebezpiecznych narzędzi. Kto to jest?
- On mnie napadł!
- Tu, w mieszkaniu? - Zapytał z niedowierzaniem.
- Tak... - postanowiłem przemilczeć kwestię wcześniejszego porwania.
Pan Park odsunął ręce od twarzy. Na widok jego zapuchniętych policzków i krwotoku z nosa poczułem jeszcze większy wstyd. Zaczerwieniłem się cały.
- Pójdę po opatrunek - powiedziałem. Pobiegłem z powrotem do kuchni i zacząłem szperać w szafkach w poszukiwaniu jakichś plastrów.
  Nawiasem mówiąc, co oni robili w tamtym pokoju? Czemu nie usłyszałem, jak przyszli?
  Znalazłem opatrunek szybciej niż chciałem. Nie byłem do końca gotowy na ponowny widok zakrwawionej twarzy mojego przyszłego najemcy.
  Poczułem czyjś wzrok na sobie. Obróciłem się. Jimin stał w progu kuchni jak gdyby nigdy nic.
- Jungkook - usłyszałem. - Ja znam tego gościa, wiesz?
Popatrzyłem na niego ostro. Czy on sobie żartuje?
- Żarty sobie robisz?
- Skąd. Naprawdę go znam. Był u mnie w domu razem z takim drugim. Szukali ciebie.
- Co ty gadasz? - Gwałtownie obróciłem się w jego stronę.
- Prawdę, samą prawdę. Ojciec może potwierdzić. Byli u nas, pokazywali twoje zdjęcie i pytali się, czy cię  znamy...
- Co im powiedziałeś?!
- Że nigdy w życiu cię nie widziałem.
  Odetchnąłem głęboko. Jakby się okazało, że to on im na mnie nakablował, nie uszedłby z życiem.
- A tak przy okazji, to przepraszam, że tak gwałtownie zareagowałem w szpitalu - powiedział. - Powinienem zrozumieć...
- Jimin, to ja przepraszam. Jestem nerwusem, wybacz.
- O, widzę, że się pogodziliście - usłyszałem głos z progu pomieszczenia. Stał tam ojciec Jimina przykładający sobie jakąś ścierkę do twarzy. Poderwałem się z krzesła, na które nawet nie pamiętałem, żebym siadał i podałem mu opatrunek.
- Spodziewałem się podziękowania za dobicie przeciwnika, a oberwałem w łeb patelnią. Czy mam to odebrać jako "dziękuję"?
Zaczerwieniłem się znowu. Nie miałem pojęcia, co powiedzieć.
- Nie martw się, Jungkook, nie zrywam z tobą kontaktu przez to.
- Czy powinienem zadzwonić po pogotowie? - Wydukałem.
- Nie sądzę. Oprócz tego, że mnie boli cała prawa część głowy, raczej  nic poważnego się nie stało...
- Dobicie przeciwnika?!
- Słucham? 
- Jak to dobicie?
- A, o to ci chodzi. Jak tam przyszliśmy, leżał na podłodze i wyklinał na ciebie, więc go uderzyłem w jedno z czułych miejsc. Nic poważnego, za chwilę się obudzi. Chyba powinniśmy zadzwonić po policję.
  Wzdrygnąłem się na słowo "policja".
- Czy to aby na pewno dobry pomysł? -Zapytałem.
- Chyba jedyny. A co?
- Nie, nic - uśmiechnąłem się przepraszająco. Kurde, będę się musiał jakoś ukryć, czy coś, bo nie mogę pozwolić, żeby ktoś mnie wykrył. Niby ahjumma nic nie wygadała, ale... nigdy nic nie wiadomo.
                               ****
Wbrew moim przewidywaniom pobyt służb specjalnych w moim domu przebiegł dla mnie bezstresowo. Ocucili nieprzytomnego faceta i zakuwszy w kajdany, wpakowali do radiowozu na mnie nie zwracając najmniejszej uwagi. W pewnym momencie przeszło mi przez głowę, co będzie, jeżeli na przesłuchaniu ten gościu wyda mnie jako sprzedawcę narkotyków, ale nie poświęcałem tej myśli szczególnej uwagi.
                               ****
  Jakąś godzinę później siedziałem już rozpakowany w moim nowym pokoju w domu Jimina. Ustaliliśmy z jego ojcem, że do końca roku szkolnego będę mieszkał u nich, a później poszukam mieszkania gdzie indziej.
  Po wstępnym obejściu mieszkania musiałem stwierdzić, że w porównaniu z rodziną Park byłem biedakiem. Nawet komórka pod schodami była tu elegancko wykończona, a o samotnych żarówkach bez klosza nie było mowy. Rodzice Jimina oznajmili mi, że mam się tu czuć jak we własnym domu, ale ja ciągle miałem wrażenie, że jak tylko czegoś dotknę, to to zepsuję.
- Podoba ci się tu, Jungkook? - Usłyszałem głos Jimina za moimi plecami, gdy zaglądałem do kuchni. Skinąłem głową.
- Bardzo.
- Cieszę się.
- Coś ty tak wyspokojniał? Nie rzucasz się po mnie ani nic...
- Przeszkadza ci to?
Chciałem stanowczo odpowiedzieć, że nie, ale coś kazało mi się zastanowić nad odpowiedzią. Chyba zdążyłem się już przyzwyczaić do energii chłopaka i kiedy był taki spokojny czułem się nieswojo.
- Przeszkadza ci to? - Powtórzył.
- Nie...
                             Jimin
Zauważyłem, że chłopak się waha. Trochę mnie to zdziwiło, ale poczułem też satysfakcję. Odwróciłem się szybko na pięcie i odszedłem, żeby nie wybuchnąć przy nim śmiechem.
Jungkook
Wieczorem obawiałem się trochę pójść spać, bo wiedziałem, że mam trudności z zaśnięciem w nowych miejscach. Nie miałem zresztą pojęcia, czemu. Po prostu tak było.
Gdy kładłem się do łóżka myślałem o swoich rodzicach. Czy ominął mnie pogrzeb? Chyba tak. Miałem nadzieję jednak, że nie są na mnie o to źli. W końcu chciałem ich zobaczyć osobiście.
   Wciąż nie mogłem uwierzyć, że coś może wydarzyć się tak nagle i niespodziewanie. Nic przecież nie zapowiadało tego wypadku. A zresztą... czy na świecie jest cokolwiek, co zapowiada śmierć? Eh, chciałoby się.
Jimin

Ze snu wyrwał mnie jakiś hałas. Poderwałem się do pozycji siedzącej gotowy, by zaatakować, gdy w sylwetce stojącej po drugim końcu pokoju rozpoznałem Jungkooka. 
- Co ty tu robisz? - Wychrypiałem zaskoczony. Czyżby coś się stało?
- To ty!
- No, ja. A czego żeś się spodziewał? Kalafiora? Co ty tu robisz? Czym się tłuczesz?
- Masz jakąś łopatkę, czy coś?
- A co się stało? - Nie mógł sobie znaleźć lepszej pory na rozbijanie figurek mojej mamy w moim pokoju? Od razu wiedziałem, że to któraś z nich poszła się chrzanić.
- No... ten. Chyba coś rozbiłem.
Ze złością zwlokłem się z łóżka, przykucnąłem i zagarnąłem ręką szczątki gipsowego anioła pod meblościankę. Miałem nadzieję, że ten huk nie obudził moich rodziców.
- Po sprawie, sieroto. Po co tu w ogóle przylazłeś?
  Zauważyłem interesującą rzecz. Kiedy Jungkooka traktowało się z góry, to zamiast robić sceny, szybko się peszył i wyglądał jak typowa sierotka Marysia. Bawiło mnie to i zamierzałem teraz z tego korzystać do woli w ramach pewnego odwetu za wrzaski w szpitalu.
- No bo... chciałem sobie jeszcze raz obejrzeć dom...
- A czy to jest jakieś muzeum? Nie masz co robić o drugiej w nocy?
Chłopak przełknął ślinę. 
- Już sobie idę - wyjąkał. Zaiste, ciekawe. 
- Nie, zostań. Po co tu przyszedłeś?
  Przez chwilę milczał.
- No, dobra, powiem ci prawdę. Wystraszyłem się, że ten drugi porywacz po mnie przyjdzie, zadowolony?
- Czy ty masz pięć lat, Jungkook? Niby taki bad boy, a boi się, że go porwą w nocy. No, padnę zaraz ze śmiechu, naprawdę.
- Wypchaj się. Przyszedłem do pierwszego lepszego pokoju, nie miałem pojęcia, że ty tu jesteś, nie myśl sobie!
- Ciszej bądź.
  Przez chwilę oboje nic nie mówiliśmy.
- Boję się, Jimin. Cholernie się boję - powiedział już poważniej, wpatrując się w materac mojego łóżka.
Znowu poczułem tą dziwną chęć zaopiekowania się nim. W głębi duszy wcale nie chciałem mu dogryzać, miałem ochotę się po prostu zemścić za te wszystkie afery. Nie jakoś dotkliwie. Po prostu pozorna zmiana charakteru.
- Czego? Przecież jesteś tu bezpieczny. Nie pozwolę, żeby coś ci się stało - dodałem ledwo słyszalnie.
- Dlaczego? Co ty sobie ubzdurałeś? Co ty we mnie widzisz?
- Nie wiem. Nie wiem. Tak samo nie wiem, czemu ty tak mnie nienawidzisz. Albo może nienawidziłeś. Słuchaj, mam pomysł. Jest noc, nikt nas nie podsłuchuje. Wyjaśnijmy sobie teraz wszystko. Usiądźmy i wyjaśnijmy sobie wszystkie wzajemne problemy i niedomówienia. Mam już dość ciągłego przepraszania za nie wiadomo co.
Wzruszył ramionami. Uznałem to za zgodę.
- Ty pierwszy.
- Czemu ja? - Mruknął.
- Bo zaczęło się od ciebie.
  Znowu wzruszył ramionami.
- No więc tak. Odkąd cię tylko zobaczyłem, widziałem w tobie plotkarza i donosiciela, który tylko marzy o tym, by zdradzić wszystkim moje sekrety...
- Jakie sekrety? Nie znam żadnych twoich sekretów!
- Nie przerywaj mi. Spotykałem cię na każdym kroku, cokolwiek nie zrobiłem, zawsze kończyło się to na tobie. Zaczęło mnie to zwyczajnie wkurzać... W końcu się okazało, że nie jesteś taki zły, bo uratowałeś mi życie i wyszło, że naprawdę się o mnie martwisz, a w dodatku twój ojciec jest całkiem spoko. To wszystko.
- A teraz co do mnie czujesz?
- Teraz? Obojętność.
  Zabolało.
- Naprawdę?
- Tak. Tylko tyle.
- W takim razie, Jungkook, nie wiem, czy będę w stanie powiedzieć ci szczerze, co do ciebie czuję - powiedziałem zmienionym głosem.
- Co to za oszukiwanie?! Mieliśmy obydwoje mówić!
- Błagam, nie wrzeszcz tak. Dobra, powiem, ale nie ponoszę odpowiedzialności za twoją reakcję.
- Wal.
Wziąłem głęboki wdech. Czy to najważniejsza chwila w moim życiu?
- Kocham cię, Jungkook. Już od początku. Odkąd cię zobaczyłem, chciałem być przy tobie, ale wtedy jeszcze tego nie rozumiałem. Kiedy leżałeś w szpitalu zdałem sobie sprawę z moich uczuć. Codziennie trzymałem cię za rękę. A kiedy się obudziłeś, byłem tak szczęśliwy, że o mało co nie uleciałem w powietrze. Nawet raz cię pocałowałem... Kocham cię, Jungkook i, może zabrzmi to jak w taniej operze mydlanej, ale jestem gotowy chronić cię, choćby nie wiem co.
Spodziewałem się ujrzeć złe, albo zirytowane spojrzenie, ale ku mojemu zdziwieniu, Jungkook wpatrywał się we mnie, jakbym dopiero co zmienił się w ducha. Poczułem się nieswojo. Czyżbym zrobił na nim aż takie wrażenie?