Rozdział 2
05.12.2076
Himchan jak zwykle odwiedził go w porze śniadania. Jak zwykle zjedli razem, przeglądając poranne gazety. Jak zwykle przegadali prawie cały poranek.
- Nie spodziewałem się tego.
- Czego, Himchan?
- Tego, jak długo pożyjemy.
- Powtarzasz to codziennie.
- Bo wciąż nie mogę w to uwierzyć.
- Byłeś wczoraj u Daehyuka? Znaczy, Daehyuna.
- Nie, dzisiaj chciałem pójść.
- Jak dam radę, to wybiorę się z tobą.
- Dobrze.
- A właściwie, czemu by nie pójść teraz?
- Teraz?
- Tak, Yongguk.
- Hm, dobrze. Ale pomóż mi się zebrać.
- Nie spodziewałem się tego.
- Czego, Himchan?
- Tego, jak długo pożyjemy.
- Powtarzasz to codziennie.
- Bo wciąż nie mogę w to uwierzyć.
- Byłeś wczoraj u Daehyuka? Znaczy, Daehyuna.
- Nie, dzisiaj chciałem pójść.
- Jak dam radę, to wybiorę się z tobą.
- Dobrze.
- A właściwie, czemu by nie pójść teraz?
- Teraz?
- Tak, Yongguk.
- Hm, dobrze. Ale pomóż mi się zebrać.
Opiekunka, która była niby zatrudniona nie przychodziła już trzeci tydzień, co skutkowało tym, że Yongguk nie miał nikogo, kto by mu pomógł w codziennych czynnościach takich jak ubieranie, czy mycie się, a często nawet zrobienie sobie jedzenia. Czasem aż głupio było mu prosić o to Himchana, który chcąc, nie chcąc, też był już w podeszłym wieku i sam nie zawsze dawał sobie radę. Gdzie się podziała ich dawna dobra forma?
Po dziesięciu minutach wkładania marynarki, płaszcza oraz butów, dwaj starsi panowie wreszcie mogli wyjść na zewnątrz. Skierowali się, jak zwykle, w kierunku cmentarza, na którym pochowani byli ich dwaj przyjaciele z młodości - Jung Daehyun oraz Moon Jongup. Daehyun nie żył już od dawna. Zmarł prawie trzydzieści lat temu w katastrofie kolejowej. Yonggukowi udało się wtedy zorganizować pogrzeb, na który ściągnął wszystkich byłych członków B.A.P oprócz Junhonga. Ten nie przybył z "powodów rodzinnych". Yonggukowi do tej pory było przykro z tego powodu.
Jongup zmarł natomiast z przyczyn naturalnych stosunkowo niedawno - jakiś rok temu.
Yongguk i Himchan odwiedzali kilka razy w tygodniu oba groby. Czasem spędzali nad nimi długie godziny patrząc się po prostu w przestrzeń i rozmyślając nad wspólnymi chwilami. Cisza panująca na cmentarzu była przyjemniejsza niż cisza samotności w domu. Na cmentarzu siedzieli we czwórkę. W domu, nie licząc poranków, Yongguk był sam.
- O czym myślisz? - Spytał Himchana, który siedział zgarbiony z zamkniętymi oczami.
- Nie wiem tak naprawdę. Po prostu odpłynąłem.
Yongguk skinął głową.
- Jak myślisz, kto będzie nas odwiedzał, gdy umrzemy?
- Czemu przyszedł mi na myśl Ze... Junhong?
- Nie mam pojęcia. Nie sądzę zresztą, żeby go to obchodziło - powiedział, a gdy zdał sobie sprawę z prawdziwości tych słów, poczuł dotkliwy ból w sercu raczej nijak nie związany z przeżytym kiedyś zawałem.
- O czym myślisz? - Spytał Himchana, który siedział zgarbiony z zamkniętymi oczami.
- Nie wiem tak naprawdę. Po prostu odpłynąłem.
Yongguk skinął głową.
- Jak myślisz, kto będzie nas odwiedzał, gdy umrzemy?
- Czemu przyszedł mi na myśl Ze... Junhong?
- Nie mam pojęcia. Nie sądzę zresztą, żeby go to obchodziło - powiedział, a gdy zdał sobie sprawę z prawdziwości tych słów, poczuł dotkliwy ból w sercu raczej nijak nie związany z przeżytym kiedyś zawałem.
Prawda była taka, że tęsknił za Junhongiem. Nie widzieli się od rozpadu B.A.P jakieś czterdzieści lat temu. Nawet nie wiedział, czy jego były przyjaciel jeszcze żyje, gdzie mieszka, co robi. Himchan nie przywiązywał do tego jakiejś wielkiej wagi, ale dla niego, Yongguka, było to bardzo przykre i bolesne. Junhong był w młodości jedną z najbliższych mu osób. Martwił się czasem o niego, jak o własne dziecko. I nie miał pojęcia, czemu ten już nigdy więcej nie chciał się z nim zobaczyć. Yongguk pewnie niedługo umrze. Czy Junhong będzie wtedy jeszcze żył? Czy jakimś cudem przyjdzie na pogrzeb? Ha. Nie wiadomo.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz